PODSZEPTY: kIRk i „Za ostatni grosz”

W PODSZEPTACH pytam twórców o ich inspiracje. W drugiej odsłonie: kIRk opowiadają o swoim ostatnim wydawnictwie – „Za ostatni grosz”.

Na fanpage’u pisałem:

„Przypomniałem sobie dlaczego sześć lat temu namiętnie słuchałem „Mszę Świętą w Brąswałdzie”, prawdopodobnie jedną z lepszych polskich płyt po 2010. Na bandcampie przeczytacie, że „Za ostatni grosz” na swój sposób definiuje całą historię kIRk – i jest w tym sporo racji. Szczególnie słychać to w tytułowym utworze, konfrontującym ze sobą ‚gangsterski’ jazz, trip-hop i ciężkawy, choć przecież z łatwością unoszący się w powietrzu, illbient. Z kolei w „Nie ma co silić się na naturalność” jest znacznie więcej ukojenia i kontemplacji; może wyłączając końcówkę, gdy do głosu dochodzi niejednoznacznie posępna partia trąbki. Zdecydowanie czekam na dłuższy materiał.”


(fot. Laura Ociepa)

Filip Kalinowski

Z tymi inspiracjami w naszej załodze zawsze było ciut specyficznie, bo niby wszyscy słuchamy dużo, różnych rzeczy, często się nimi wymieniamy i podświadomie wpływają one zapewne na to co i jak gramy, ale konkretne wpływy przyszpilić jest mi bardzo trudno. Szczególnie w przypadku tej nowej siódemki, z której jeden numer rozgrzebaliśmy już dobre trzy lata temu, a drugi nagraliśmy spontanicznie podczas którejś z naszych płockich sesji u Pawła w studio. O tym, co zaraz będziemy grać, w którą stronę ma to zmierzać i – ewentualnie – czyja twórczość mogłaby być dla nas na tej drodze drogowskazem nie gadamy właściwie nigdy, a jeśli już zdarzy nam się coś zakładać, to zwykle są to pewne ramy strukturalno-stylistyczne czy też emocjonalne. I może dlatego właśnie pociągają nas covery, a my z Pawłem w duecie znajdujemy sporą przyjemność w robieniu remixów, bo fajnie jest przynajmniej od czasu do czasu odbić się od czegoś konkretnego. Większość tych materiałów wyjściowych przynosi zwykle Olgierd i to z jego inicjatywy wzięliśmy się teraz za Budkę Suflera, wcześniej za Swansów, a na koncertach sięgaliśmy jeszcze po dorobek Siekiery, Subheadów czy Alana Shortera.

Wracając jednak do siódemki – poza tytułowym „Ostatnim groszem” – wiadomego zespołu – ciężko mi wskazać konkretne albumy czy utwory, do których odnosiłem się w jakikolwiek sposób podczas nagrań, więc napiszę o tych, z których samplowałem podczas naszych sesji i koncertów. Przez długi czas, gdy graliśmy wstępną, beta wersję „Za ostatni grosz” na żywo, to zamiast partii Wojtka Kwapisińskiego dogrywałem gitarę elektryczną z płyty Psychic TV „Themes 2”.

Inspirowany dokonaniami Alexandra Scriabina, transowy krążek służący – według założeń Genesisa – obserwacji własnego wnętrza, poprzez minimalizm wykorzystywanych środków – mantryczne pomruki, opętańcze śmiechy, dzwonki i nagłe „wybuchy” gitarowych pieców – świetnie nadaje się do zapętlania, efektowania i wszelkiej maści przetwórstwa, choć akurat w naszym numerze… nie ma z niego ani tonu. Są za to tematyczne ścinki: „we control our own money”, z jakiejś spoken wordowej płyty – której dokładnie teraz nie pamiętam, bo przez lata uzbierała mi się tego spora kolekcja – od nauki języków obcych, przez kontrkulturowe manifesty, aż po lekcje aerobiku, i jest gdzie szukać pasujących wątków; i są też wyimki z nagrań terenowych z Afryki, a konkretnie z serii wypuszczonej przez Koninklijk Museum voor Midden-Afrika.

Kilka płyt – które kupiłem swego czasu na wyprzedaży wydawnictw z magazynów muzeum – nie dość, że pełne są zupełnie niesamowitych rytmów, pieśni i fraz nagrywanych przez belgijskich badaczy w Angoli, Zairze czy Kamerunie, to jeszcze opatrzone są w wyczerpujące opisy etnologiczno-muzykologiczne, dzięki którym można poznać kontekst kulturowy wykonywania owych melodii, a jest to dla mnie dosyć ważne, żeby nie ciąć rzeczy, których znaczenia nie rozumiem bądź są one obwarowane pewnym tabu, którego nie chciałbym na potrzeby muzyki – bądź co bądź rozrywkowej – naruszać.

No i są jeszcze w „Za ostatnim groszu” wykorzystane różne turntablistyczne płyty z breakami, a także trzaski zgrywane ze starych, szelakowych płyt. W „Nie ma co silić się na naturalność” natomiast – poza wspomnianymi już afrykańskimi field recordingami – korzystałem m.in. z płyty „Best Radio Commercials of the Year 1967. American Radio Commercials Festival CLIO Winners and Selected Finalists” wygrzebanej kiedyś w Madrycie z hałdy winyli bez okładek za pół euro. To stamtąd pochodzą słyszalne w numerze odgłosy kroków i ścinki wyborczej agitki namawiającej do głosowania na Rockefellera – co żadnego politycznego wydźwięku mieć nie miało, ale ładnie nam się wpisuje w czasy obecne i aktualne kierownictwo Stanów Zjednoczonych. Ów tropikalny zaśpiew słyszalny w pierwszej „zwrotce” numeru pochodzi tymczasem – najprawdopodobniej, bo głowy sobie za to uciąć nie dam – z płyty „Barlovento” zbierającej nagrania terenowe z Wenezueli. No i do tego znów płyty z breakami (w tym mój ulubiony, przygotowany przez ekipę Birdy Nam Nam na potrzeby ich debiutanckiej płyty i do niej też dołączony), a także album „Yehudi Menuhin Introduces the Instruments of the Orchestra” na której sławny skrzypek i dyrygent prezentuje po kolei wszystkie instrumenty orkiestry grające solo i… proszące się wręcz o to, żeby je zgrać, pociąć, rozciągnąć i wykorzystać w zupełnie inny sposób.


Antonina Nowacka

Myślę, że wszystko czego słuchamy, łącznie z audiosferą, w której żyjemy ma – mniej lub bardziej świadomie – spory wpływ na to, co tworzymy. To jest jakiś tam procent. Jest też to, co odbieramy innymi zmysłami, czego doświadczamy i to, co pozazmysłowe. Jest jeszcze to, co jest w środku, w nas – ludziach, którzy tworzą zespół. Energia każdego z nas, to z czym przychodzimy, nawet jeśli o tym nie mówimy, to jest w nas i wpływa na to, co robimy. Tak jest w przypadku działania intuicyjnego.

Zdarza się mi się grać z rożnymi ludźmi, czasem też sama odpowiadam za całość warstwy dźwiękowej i to, co z siebie daję znacząco rożni się nastrojem i sposobem narracji w zależności od tego z kim współtworzę. Z Pawłem, Filipem i Olgierdem jest o tyle ciekawiej, że oni znają się dłużej i wcześniej już jako trio stanowili dla mnie idealną całość, dlatego działanie z nimi wymaga ode mnie szczególnej uwagi i wyczucia. To dość zabawne, ale oryginału „Za ostatni grosz” przed nagraniem nawet nie słyszałam i szczerze to nie miało to dla mnie większego znaczenia, ponieważ wiem, że cokolwiek razem nie zrobimy, to będzie to coś oryginalnego i wartościowego na wielu płaszczyznach. Myślę, że najważniejsze jest właśnie takie porozumienie, jeśli się ono pojawia, to ludzie inspirują siebie nawzajem.

Generalnie przy wszelkiego rodzaju działalności twórczej to, co do mnie dociera percypuje jako sytuacje, scenerie o swoistej atmosferze, nastroju. Ważne jest dla mnie, aby całość była spójna, zawierała pewnego rodzaju treść oraz – mimo wszystko – głębię. Zespolenie nie zawsze musi odbywać się na poziomie technicznym czy brzmieniowym, lecz bardziej nastrojowym czy emocjonalnym. Nie tylko poprzez tworzenie harmonii, ale również współistnienie skrajnych stanów, np. coś niewyobrażalnie pięknego z czymś groteskowym lub karykaturalnym albo coś wzniosłego z czymś trywialnym.

Wtedy pojawia się narracja. Treść nie jako opowiadanie konkretnej historii np. O Truposzu Dziadoszu, ale narracja abstrakcyjna, pozajęzykowa, która jest sugestią czegoś, jakimś zwidem, zjawiskiem nieokreślonym, dziwacznym, lecz jak najbardziej rzeczywistym. Głębia – mimo wszystko – ponieważ to coś, co jest dla mnie bardzo ważne, a obecnie generalnie traktowane z pobłażliwością, ponieważ mamy XXI wiek i duchowość jest passe i w ogóle pretensjonalna. Jednocześnie wciąż najwspanialsze są twory, które można odbierać, współodczuwać na najbardziej uniwersalnym poziomie i tym również kieruję się w swoich działaniach.


Paweł Bartnik

Słuchana przeze mnie muzyka ma drugo-, a nawet trzeciorzędny wpływ na to, co robię muzycznie. Słuchając muzyki od dawna i dość dużo trochę się na nią „uniewrażliwiłem”. Istotne było co innego – gdzie aktualnie się znajduję w życiu, co mnie absorbuję i do czego dążę. Pracując nad płytą interesowała mnie łagodność i spokój. Jednocześnie odżegnywałem się od euforii i nachalnego uszczęśliwiania. Towarzyszyła mi też świadomość, czego chcę uniknąć (a czym w przeszłości się syciłem) – miało być bez epatowania mrokiem i bez nihilistycznej mordy.

Bardzo ważna jest też zmiana w stosunku do sacrum. Do niedawna sacrum traktowałem jak atrakcyjną formułą estetyczną, ostatecznie sympatyczny stan uniesienia. Obecnie co niedzielę melduję się w kościele.

A sama estetyka? W utworze tytułowym chciałem zrobić eightiesowy werbel z mocnym pogłosem. W głowie słyszałem też natchniony głos Jarboe z „In My Garden” Swansów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.