Opowieści z krypty #1

Zakurzone, pokręcone, mało znane. Płyty z krypty.

Bez ladu a skladu – Bez ladu a skladu [1990]

Słowacki post-punk z mocnym akcentem na zolo i no wave. Przerysowana i groteskowa to muzyka, ale właściwie w każdym utworze są pochowane przyjemne nowofalowe melodie (i fantastyczny saksofon). Melanż dźwięków ze starych zabawek, funku, cyrkowych przygrywek oraz zmutowanego dance-punku.

Helmut Nadolski – Medytacje [1974]

„Medytacje” zostały nagrane w kościele, ale akurat wtedy bóg musiał mieć wolne. Helmut Nadolski, z pomocą Czesława Niemena, Andrzeja Nowaka i recytującego teksty Olgierda Łukasiewicza, o dobrych kilka lat wyprzedził dark ambient. Kościelne organy i bliżej nieokreślone szmery orbitują wokół kontrabasu. Nadolski z tego instrumenty wyciąga niemal same wzbudzające zaniepokojenie odgłosy. Zakurzony, diaboliczny klasyk.

Stretchheads – Five Fingers, Four Thingers, a Thumb, a Facelift and a New Identity [1988]

Nigdy nie zapraszajcie na imprezy Stretchheads. Popaprańcy gotowi są zniszczyć każdą waszą chwilę radości. A na koniec podpalą mieszkanie.

„Five Fingers, Four Thingers, A Thumb, A Facelift And A New Identity” ustala nowe ramy w noise punku. W pełni pokręcone wydawnictwo, angażujące się w no wave i noisecore, z free jazzowymi i satyrycznymi wkrętami oraz crě-me de la crěme noise rockowych eksperymentów. Agresywny, szaleńczy, zupełnie oderwany od rzeczywistości album. Tak dobry, że aż głowa boli. Innymi słowy: brać, słuchać, polecać i nie oglądać się za siebie.

Bobb Trimble – Iron Curtain Innocence [1980]

Co począć, gdy jest się outsiderem? Najlepiej to nic, ale można też – jak w przypadku Bobba Trimble – nagrać kilka piosenek, nie osiągnąć sukcesu, zniknąć i usłyszeć, że paru szanowanych niezalowców przez lata wzdychało do jego nagrań. A oni mieli słuszność, ponieważ „Iron Curtain Innocence” na swój poryty sposób można uznać za przyszywanego pradziadka hypnagogic popu. Trimble z powodzeniem w dziwactwie psych folku o glamowej aparycji lokuje beatlesowe melodie, sprawiedliwie dawkując narkotykowe uncje i popową przejrzystość. Co jeszcze mocniej wzmaga poczucie przyjemnego zakłopotania.

Stuk bambuka v XI chasov – Legkoe Delo Kholod [1991]

„Legkoe Delo Kholod” załapało się jeszcze na ostatnie tygodnie Związku Radzieckiego. Teoretycznie nie ma to żadnego znaczenia, ale ten fakt pozwala na małą prowokacje: oto już w ZSRR powstawał trip-hop. Oczywiście nie był to trip-hop wyspiarski; muzyka Stuk bambuka v XI chasov zgłębiała raczej tajniki ambientu, była także podatna na elektroakustyczne eksperymentowanie, mimo że zachowywała noirowy charakter. Dodajmy do tego spartańską produkcję, kota na okładce i mamy album wyborowy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.