Neil Cicierega – Mouth Moods (2017)

Wziąłem poprawkę na memiczność „Mouth Moods”; i na to, że musi być bardzo ŚMIESZNIE, (post) ironicznie, kontrowersyjnie oraz, rzecz jasna, absurdalnie. Wiadomo, mashup. Moje odczucia co do nowego tworu Neila Cicieregi najlepiej przedstawią dwa utwory: „AC/VC” i „T.I.M.E.”. Pierwszy z nich to zdecydowanie najgorsza rzecz w tym roku – kuriozalnie zła krzyżówka „A Thousand Miles” Vanessy Carlton i „Back in Black” AC/DC. I nie, nie zgodzę się ze śmieszkami, którzy stwierdzą, że to jedyny moment w historii, gdy AC/DC da się słuchać. Otóż dalej się nie da, jest jeszcze gorzej, a przecież „A Thousand Miles” to bardzo przyjemna piosenka (chociaż niestety przeżarta przez vine’y). Drugi zaś kojarzy ze sobą „Time” Zimmera i „Y.M.C.A.” Village People. W tym przypadku jestem doszczętnie rozwalony (czyt. zachwycony). Teoretycznie to najbardziej randomowa mieszanka na „Mouth Moods”, ale fakty są takie, że dwa minusy dają plus. Wcale nie wymagam od Neila, żeby materiał w całości był wypełniony tak nieodgadnionymi, błyskotliwymi, przebiegłymi indeksami: wystarczyłoby rozmnożyć nośne „Smooth” („O Canada” x „Smooth Criminal” x „One Week” x „Smooth”), czyli takie Girl Talk do kwadratu. Zmierzam do tego, że dawno nie byłem tak skonsternowany. Czuję się jak po zjedzeniu bardzo słodkiego cukierka – niby jest ok, lecz nie mam ochoty na więcej. Drażni mnie oczywistość wielu zabiegów (ile można z tym „All Star”, Sudano robi to znacznie lepiej), także przypominanie co dwie minuty o komediowej otoczce. Spokojnie, przecież każdy o tym pamięta.

Zatem warto czy nie warto? Warto, ze względu na „T.I.M.E.”.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.