Mount Eerie – A Crow Looked at Me (2017)

Wspominałem już o tym dziesiątki razy, wspomnę jeszcze raz: twórczość Phila Elveruma jest dla mnie bardzo ważna. Śmierć jego żony naprawdę mnie poruszyła, a do „A Crow Looked at Me” podchodziłem ze sporym niepokojem. Jednocześnie potrafiłem wyobrazić sobie sytuację, że dla kogoś innego to wszystko nie ma większego znaczenia. Tak po prostu. I będę stał po stronie tych osób. Przesadne wczuwanie się i przeżywanie tematów bezpośrednio nas nie dotyczących jest czymś, czego nie mogę w pełni zaakceptować.

Obawiam się, że mogą być przekraczane pewne granice współczucia – od automatycznych maksymalnych not na rateyourmusic.com do wstrzymywania się z ocenami (tak jak zrobił Bartek Chaciński na Polifonii). Nie widać tego na pierwszy rzut oka, ale takie reakcje zamykają Mount Eerie w pomieszczeniu, do którego dostęp ma jedynie uprzywilejowana grupa. To wyjątkowy i piękny album, nie mam co do tego wątpliwości. Dlatego tym bardziej zasługuje na właściwe traktowanie.

Dla lata temu pierwszy raz nie dogadałem się z Elverumem. „Sauna” była wyraźnie zakleszczona w ambiencie, a sam Phil gdzieś się schował. W pewnym sensie był to wyjątkowy rok, ponieważ z Sufjanem Stevensem, innym moim bohaterem, było podobnie. „A Crow Looked at Me”, z wiadomych względów, ponownie kieruje Elveruma na pierwszy plan. W kontekście tak ogromnego ładunku emocjonalnego musi frapować życzliwe, jasne oraz czyste brzmienie. Ani razu przez 41 minut nie poczułem, żeby którykolwiek fragment mnie przygniatał. W tych folk-slowcore’owych piosenkach kryje się niegryzący mrok; taki, który koniecznie chcemy zrozumieć. Jest w nim coś kojącego i równocześnie przeraźliwie smutnego. Tak jak w melodyjnie rozwibrowanym wokalu Phila.

Nasuwa się pytanie: co dalej?

 

 

 

3 Replies to “Mount Eerie – A Crow Looked at Me (2017)

  1. On nagrał tę płytę dla siebie, w ramach powrotu do normalności, a nie dla odbiorców, to jedno. Drugie – źródła inspiracji dla utworów i albumów raczej nie są syntetyczne. Gdy coś się dzieje, czy to na świecie, czy w najbliższym otoczeniu, czy wewnątrz, twórca sobie to uzewnętrznia, i nie widzę w sumie przeszkód, by takim wydarzeniem była śmierć żony. Wadą tego albumu jest przewaga ekspresji lirycznej nad muzyczną. Chwyta za serduszko i jest dobrą, choć zbyt dosłowną opowieścią o bólu.
    Jeśli dla kogoś nie mają znaczenia emocje, stojące za danymi dźwiękami, jest też wysoce prawdopodobne, że nie słucha słów 😀

    1. „On nagrał tę płytę dla siebie, w ramach powrotu do normalności, a nie dla odbiorców” – nie do końca. Gdyby była to płyta wyłącznie dla niego nagrałby materiał i schował do szuflady. Puszczając ją w obieg wyrażasz zgodę na to, aby każdy mógł ją przesłuchać i zwyczajnie ocenić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.