LCD Soundsystem – American Dream (2017)

Z LCD Soundsystem nie mam żadnych świetnych historii. Ponad dziesięć lat temu jako młokos poznałem debiut i wówczas zaznałem uczucia, które przez bardzo długi czas towarzyszyło mi, gdy słyszałem Jamesa Murphy’ego i jego przyjaciół – był to chłodny podziw. Mało emocjonalny, oparty głównie na akademickich rozważaniach. Murphy’emu nawet największy wróg nie mógłby odmówić muzycznej erudycji i przenikliwości. I tak to leciało: notowałem w głowie dziesiątki motywów & motywików, analizując je wzdłuż i wszerz, ale nigdy LCD Soundsystem nie zaprzątało mojej głowy na tyle, żebym miał nagle wyjętych kilka dni z kalendarza. Nie rozpaczałem więc, kiedy projekt w 2011 przestał istnieć, a w 2015 nie otwierałem szampana, gdy wrócił do gry. I teraz żałuję. Dwa lata temu trzeba było wznieść toast za powrót Murphy’ego.

Pierwszy raz w LCD Soundsystem usłyszałem tyle nieograniczonych i luźnych dźwięków. Ta swawolność niesie też za sobą pewne straty – kompozycyjnie „American Dream”, w porównaniu do poprzednich wydawnictw”, nie jest tak świeże. Nie sądziłem, że kiedyś tak powiem, ale… to dobrze. Oto w jednym miejscu uzyskujemy dostęp do wyśmienitego miksu najzmyślniejszych nowofalowych refleksji z funkowym podbiciem (np. „other voices”), synthpopowych reminiscencji (np. „tonite”) i dance-punkowych deliberacji (np. „emotional haircut”), nawet jeśli ta ostatnia opcja nie stoi aż na takim poziomie i fragmentarycznie razi przesadną reprodukcją schematów. To jednak szczegół. Całościowo „American Dream” przyciąga tak mocno, że odklejanie się wywołuje same smutne reakcje. Jak dobrze, że LP trwa ponad godzinę. Post-talking heads-kraut-bowie-synth bez lipy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.