Kogo warto zobaczyć na OFF Festivalu 2017 #1

The Men

Zdjęcie użytkownika Trzy szóstki.

Po pierwszych dwóch płytach The Men uwierzyłem, że ten projekt już niebawem będzie wielki. W międzyczasie doszło jednak do pewnych roszad w składzie i coś zacięło się – od niemal pięciu lat nowojorczycy regularnie wypuszczają na rynek wydawnictwa, które w najlepszym wypadku można określić jako ‚całkiem niezłe’ łamane na „może być’. Ale zdania nie zmieniłem: kolesie kiedyś wskoczą na wyższy level. I chcę przy tym być.

Muzyka The Men oscyluje głównie wokół przyduszonego noise/garage rocka dysponującego podejrzanie przejrzystymi riffami. W początkowej fazie działalności to wszystko zakrapiano psych rockiem, shoegaze’em czy nawet wiązkami black metalu (co brzmiało całkiem świeżo i wybitnie zachęcająco). Później z tego zrezygnowano, a w zamian nasi bohaterowie zaproponowali country/heartland rockowe melodyjki. Wyszło tak sobie, więc na ubiegłorocznej płycie „Devil Music” mogliśmy zaobserwować powrót do agresywniejszego i bardziej szorstkiego grania, już pozbawionego tak wyraźnego jajcarskiego rysu. Dlatego też koniecznie chcę ich usłyszeć na żywo.


Wolves in the Throne Room
Zdjęcie użytkownika Trzy szóstki.

Dyskografia Wolves in the Throne Room nie jest perfekcyjna: nieszczególne wrażenie robią dwa pierwsze albumy (demówki), a o wydanym trzy lata temu „Celestite” (ambientalna wizja prog elektroniki) pamiętają pojedyncze osoby. Nie zmienia to faktu, że okres od 2006 do 2011 był wyjątkowo udany, o czym świadczy wydana w 2007 płyta „Two Hunters”, którą bez większych kontrowersji można uznać za klasyk współczesnego atmo black metalu.

Amerykanie, jako jedni z nielicznych, potrafili do black metalu wgrać shoegaze’owe gęstwiny i post-rockowe impresje nie popadając jednocześnie w trudny do wytrzymania patos; ba, Wolves in the Throne Room dodatkowo zdołali z tych elementów stworzyć doskonale sprawną maszynę, co rusz podrzucającą chwytliwe, łatwo przyswajalne, choć przecież niezwykle klimatyczne utwory. Na to głównie będę czekał.


Boris gra „Pink”
Zdjęcie użytkownika Trzy szóstki.

W ostatnich latach Japończycy moją spore problemy z nagraniem więcej niż przyzwoitego albumu. A raczej nie ograniczają się z wydawaniem nowych wydawnictw – co kilka miesięcy na rynek trafiają kolejne pozycje. Z tego względu granie wyłącznie „Pink” (2005) na koncertach nie jest takim złym pomysłem. Mam wątpliwości, czy jest to ich najlepszy longplay (wolę np. „Boris at Last -Feedbacker-„), ale trudno dyskutować z faktem, że jest to najpopularniejszy/najbardziej znany krążek w dorobku Boris.

„Pink” to być może najprzystępniejsza mikstura noise rocka, sludge’u i psych rocka, jaką możecie sobie wyobrazić. Dodatkowo atrakcyjnie w to wszystko wplątano stoner, nie rezygnując przy tym z upaćkanego drone’ami brzmienia. Efekt? Metaliczne, nieszablonowe przeboje. Na żywo powinny rozwalić system.


Sheer Mag
Zdjęcie użytkownika Trzy szóstki.

O Sheer Mag, a ściślej mówiąc o ich drugiej EPce „II 7″”, pisałem dwa lata temu w rubryce Zajzajer na Screenagers.pl:

„Od pierwszych sekund byłem kupiony. „Fan The Flames” przypomina wspólną libację The Go! Team i Fleetwood Mac. Rozczulający riff godny kozackich potańcówek jest tak samo doskonały, jak dziewczęco-punkowy (czasami też dziecinny!) wokal Christiny Halladay. A dalej jest równie dobrze. Pomimo jedynie czternastu minut druga EP-ka Sheer Mag cała się trzęsie – próba namierzenia (bądź, jak w moim przypadku, stworzenia) strumienia wpływów jest zadaniem tyle pasjonującym, co niełatwym. „II 7″” wypchana jest entuzjastycznymi melodiami; radosnym power-popem naznaczonym radiowym hard-rockiem i The Supremes. Mogłaby być alternatywnym soundtrackiem do „Grease”, gdyby główni bohaterowie nie byli tacy wymuskani.”

Obecność na koncercie obowiązkowa.


Preoccupations
Zdjęcie użytkownika Trzy szóstki.

Nie mogę przyzwyczaić się do nowej nazwy, dlatego na Preoccupations będę mówił Viet Cong. Kanadyjczyków chcę zobaczyć na żywo wyłącznie ze względu na debiut z 2015. Drugi album, już pod nową banderą, szybko mnie znużył. Zdaje sobie sprawę, że cały ten projekt to zabawa w kopiowanie smutno-czarnego post-punku, ale akurat ubiegłoroczny materiał nie miał w sobie za wiele finezji (aczkolwiek, koniec końców, uważam, że to przyzwoite granie). Za to pierwszy longplay Viet Congu, cóż, na dłuższy moment nawet mnie zauroczył. Tak o nim pisałem dwa lata temu:

Viet Cong, zbudowany na gruzach Women, całkiem przyjemnie rozpoczyna 2015 rok. „S/t” sprawnie odświeża post-punk lubiany przez gothów – wokal w paru miejscach przypomina niewyspanego Iana Curtisa. Opis ten pasuje głównie do drugiej części tego krótkiego wydawnictwa. Trzy pierwsze piosenki może nie są tak chwytliwe, ale za to są zdecydowanie mniej „plagiatowe” i ocierają się o psych rock oraz noise rockowe eksperymenty. Stąd do pełni szczęścia brakuje dwóch czynników: większej harmonii pod względem układu tracklisty i może innego studia, gdzie aż tak nie dba się o gładkie brzmienie.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.