Kogo warto zobaczyć na OFF Festivalu 2017 #2

🔹This is Not This Heat

Zdjęcie użytkownika Trzy szóstki.

O wpływie This Heat na niezal powinny powstawać prace naukowe. Mówimy o projekcie ze wszech miar wybitnym, przeformułowującym avant-prog na pankowy język. Na listach typu „Najważniejsze post-punkowe albumy w historii” debiut i „Deceit” znalazłyby się w pierwszej piątce. Te dwie niezwykłe, ekscytujące – także w 2017 – płyty ustaliły nowe porządki w świecie industrialu, krautrocka i muzyki konkretnej. Ale niech nikt się nie obawia, że to muzyka tylko dla ‚koneserów’ – „Deceit” pierwszy raz przesłuchałem ponad 10 lat lat temu, zanim jeszcze ‚na poważnie’ zacząłem interesować się muzyką. Byłem zachwycony.

Mam lekkie obawy, ponieważ nie mam pojęcia, jak po tak długiej przerwie nagrania Anglików zabrzmią na żywo (a Charles Bullen i Charles Hayward już swoje lata mają). No ale w razie czego można przecież powiedzieć, że This is Not This Heat.


🔹 Jessy Lanza

Zdjęcie użytkownika Trzy szóstki.
Jessy jeszcze nie nagrała wybitnego albumu, ale jest na dobrej drodze, aby w najbliższych latach tak się stało. Do tej pory wydała dwie płyty: „Pull My Hair Back” z 2013 oraz ubiegłoroczne „Oh No”.

Debiut Lanzy był ekwilibrystyczną wariacją na temat dyskretnego alr r&b z solidnym synth popowym zacięciem. Finalnie „Pull My Hair Back” miało art popową perspektywę, ale bez tej całej napuszonej i nabzdyczonej fasady. „Oh No” może nie zrywało do końca z tą formą, ale eksplorowało już inne rewiry, znacznie bardziej urbanistyczne: począwszy od footworku a skończywszy na pc music czy freestyle’u. I w tym anturażu Jessy Lanza zabrzmiała jeszcze lepiej, chociaż będę nieco uszczypliwy i dodam, że w dalszym ciągu w jej twórczości pojawią się słabsze momenty – satysfakcjonujące pod względem popowego kombinatorstwa, lecz w ogólnym rozrachunku nieszczególnie porywające. Ale to szczegół, reszta jest pełna pasji.

Kanadyjka zagra drugiego dnia o 23. To dobra pora.


🔹Shellac

Zdjęcie użytkownika Trzy szóstki.
Steve’a Albiniego nie da się nie lubić. Rzekomo jego olewczy styl bycia z deka trąci pretensjonalnością, ale wydaje się, że on po prostu taki jest. Albini to niezwykle ceniony producent, a jego praca, z czym się szczególnie nie kryje, głównie polega na… byciu w studiu. Ma dwie prosty zasady: nie przeszkadzać, stawiać na naturalność. To zwykłe, „nudnawe” podejście okazało się czymś oryginalnym. Jeśli nawet ktoś z tezą o oryginalności się nie zgadza, to musi przyznać, że taka filozofia nieźle się sprzedaje.

Albini to także kluczowa postać Shellaca. Założona w 1992 roku grupa uznanie zdobyła już na starcie, tworząc porażająco dobre noise rockowe piosenki sprzymierzone z post-hardcore’ową dynamiką i popowym sznytem, dodatkowo wprowadzając do nich domieszkę sarkazmu i niewybrednego humoru. Dyskografia Shellaca nie jest kuloodporna, ale liczy również pozycje wręcz wybitne, takie jak „At Action Park” (1994) i „1000 Hurts” (2000). Najważniejsze, że trio Trainor – Weston – Albini nigdy nie popadło w przeciętność. Na ten koncert czekam najbardziej.


🔹Swans
Zdjęcie użytkownika Trzy szóstki.

Głównie dlatego, że to jeden z ostatnich koncertów Swans w tej konfiguracji. Zamiast zwykłej rekomendacji wolę przypomnieć wpis z 2015, który lekko podrasowałem:

„Pisząc pięć lat temu o „My Father Will Guide Me Up a Rope to the Sky” nawet do głowy mi nie przyszło, że tak będą wyglądać dalsze losy Swans. Na grupę spadła fala popularności, która przybrała doprawdy przedziwne kształty (proponuję przejrzeć „Najlepsi 2014” na onecie). I chociaż Michael Gira wraz z kolegami stali się gwiazdami rodzimych festiwali, to w Polsce wcale nie mają takiego łatwego życia.

Ogrom prześmiewczych komentarzy nie wziął się znikąd. Trudno orzec, ile jest w tym winy samego zespołu, ale wzniosły, rozmodlony ton wielu recenzji w połączaniu z bezkrytycyzmem największych fanów sprokurował mieszankę trudną do zniesienia. Internet więcej nie potrzebował i ruszył automatycznie do kontrataku, bardzo szybko tworząc przeróżnej konfiguracji podziały.

Zasadniczo sprawa rozchodzi się o to, że nawet najfajniejszą muzykę da się obrzydzić. Swans (Amerykanie to tylko przykład) zrobiono mimochodem „krzywdę”, obdarzając grupę zdecydowanie niepotrzebnym parasolem ochronnym. To się wyczuwa w tekstach, gdy autor rozpoczyna historię od tego, że padł na kolana. Być może chęć uczestniczenia w czymś „wielkim” jest silniejsza od zdrowego rozsądku.

Każdy bez wyjątku zajmujący się pisaniem o muzyce prędzej czy później poczęstuje czytającego górnolotnymi linijkami. Nikt nie jest bez winy (ja również). Jednak w interesie piszących powinno być unikanie tak bardzo zbędnej egzaltacji.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.