Kendrick Lamar – DAMN. (2017)

I

Sześć lat temu przesłuchałem „Fuck Your Ethnicity” i tak poznałem Kendricka Lamara. To był wyborny, pop-jazzowy track z ładnym gospelowym zacięciem i okazałymi wersami. Jednak nawet przez sekundę nie pomyślałem, że niebawem Lamar stanie się kluczowym zawodnikiem w świecie hip-hopu. Wtedy prędzej wskazałbym Fashawna jako kolesia, który może w przyszłości rozdawać karty – teraz to brzmi groteskowo i warto kiedyś się zastanowić, co właściwie stało się z tym chłopakiem. A Lamar po „good kid, m.A.A.d city” z 2012 stał się ulubieńcem słuchaczy i dziennikarzy. Jego popularność nabrała niebotycznych rozmiarów, zaś on sam mógł już robić właściwie wszystko, na co miał ochotę. Wypadałoby się zapytać: gdzie leży źródło sukcesu Kendricka Lamara?

II

Kusi, aby odpowiedzieć najprościej jak się da: odpowiedzialna za to jest nieprzyzwoita potrzeba krytyki na albumy ponadczasowe. Metafizyczne, ale jednocześnie silnie zaangażowane politycznie; niby wycofane, ale pełne głębokich sloganów; brzmieniowo nowoczesne jak się tylko da, ale wciąż i wciąż odwołujące się do przeszłości; totalnie urozmaicone, pełne zaskakujących zwrotów akcji, ale pełne niedosłownego cytowania klasyków; poetyckie, z filozoficzno-biblijnymi rozkminami, ale także usadowione w ulicznym slangu; wreszcie: zorientowane na poważną publicystykę (w poprzednim roku z podobnych schematów korzystała Solange – z bardzo średnim skutkiem). Bo przecież w tym ogromie muzyki do jednokrotnego użytku musi być coś *ważnego*. My też chcemy mieć własnego Marvina Gaya i Funkadelic. A że KL nigdy nie była obca przebojowość, ulegli też słuchacze.

III

Autor „DAMN.” to postać niezwykle utalentowana – i tego nigdy nie chciałbym negować. Forma Lamara jest imponująca – nigdy nie nagrał słabej płyty, ba, powodzenia życzę osobie szukającej słabego indeksu w jego dyskografii. Jednocześnie brak wyraźnych słabości nie sprawia, że z automatu reszta nagle trafia na kosmiczny poziom. Kendrick opanował umiejętność zmyślnego akcentowania średnich jazz-funk-soulowych podkładów, a te od początku jego działalności były porozrzucane tu i ówdzie. Z „DAMN.” jest podobnie, chociaż tym razem Lamar do obiegu wprowadził r&b i trap. Z jednej strony mamy: kozacki, noire’owy „ELEMENT.”, hipnotyczne, psych-trapowe „DNA.”, wciągający, rozmazany pop rap w „LOYALTY.” nagrany w duecie z Rihanną, z drugiej: przezroczyste soulowe „LUST.”, drake’owate „LOVE.” (z naciskiem, że to Drake po niewyspanej nocy), czy też sunące się bez pomysłu generyczne „YAH.”, z równie bezbarwną partią samego Kendricka. Będąc sprawiedliwym koniecznie trzeba wspomnieć o tym, że dzieją się też tutaj rzeczy wręcz magiczne: oto kooperacja z U2 w „XXX.” wypada więcej niż przyzwoicie. Uwierzycie?

IV

Polityczno-społeczna narracja „DAMN.” nie jest aż tak zdecydowana w porównaniu z poprzednimi wydawnictwami, lecz pewne rzeczy nie zmieniają się. Lamar dalej jest nierówny, zwichrowany, poszukujący do tego stopnia, że czasami ma problemy z utrzymaniem napięcia i w pewnym sensie potrafi „zniknąć” na kilka minut na swoim własnym albumie. Dlatego, tak jak zawsze, słuchałem ze sporą przyjemnością, chociaż bez wielkich emocji.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.