Kempa Lubiewski – GODOT (2017)

„Dni wiatru” Ścianki to dla mnie płyta bezapelacyjnie wyjątkowa. Bywałem już w sytuacji, gdy w towarzystwie pojawiał się temat tego wydawnictwa, a ja nigdy nie potrafiłem składnie wyjaśnić, skąd właściwie ta wyjątkowość się wzięła. W niektórych momentach jestem po prostu bezradny – może i piszę od lat, ale to nie oznacza, że o wszystkim potrafię opowiedzieć, wypisać punkt po punkcie każde swoje spostrzeżenie, zarzucić przy tym anegdotę oraz machnąć wyraziste podsumowanie. A gdy w takich okolicznościach już próbuję, najczęściej wychodzi z tego jakiś bełkot, bo tak zawsze jest, gdy głównym odniesieniem jest psyche i te wszystkie nienamacalne odczucia, nie zaś konkretne brzmieniowe rozwiązania czy nawet warstwa liryczna. Poniekąd tak jest z „GODOT”, które pulsuje niezwykle podobnymi wibracjami co rzeczona płyta Ścianki, nawet jeśli jest to materiał dwa razy bardziej przystępny i piosenkowy.

Mógłbym więc w tym miejscu oznajmić bez większych ceregieli: „GODOT” to drugi najlepszy polski album w tym roku. I postawić kropkę. No ale tak nie wypada; spróbuję zatem rozwikłać, gdzie leży magia muzyki panów Kempa i Lubiewski. Pierwsze, co przychodzi mi na myśl (oprócz Ścianki), to Moonshake, jedna z najbardziej niedocenianych wyspiarskich grup z lat dziewięćdziesiątych. Ich twórczość stykała ze sobą noise/psych pop z shoegaze’em, punkiem, jazzem, post-rockiem czy nawet krautrockiem, do tego antycypowała trip-hop – można rzec, że było to takie charczące Stereolab. Piękne, inspirujące granie. I „GODOT” gdzieś w tych rejonach funkcjonuje, chociaż jest klarowniejsze, a produkcyjnie bliżej temu longplayowi do downtempo. Jeśli więc avant, to tylko ze zrozumiałej dla wszystkich perspektywy. Jak łatwo wywnioskować: mówimy o płycie niecodziennej i zarazem łatwo przylepnej.

Kempa i Lubiewski imponująco przeskakują z zamglonego indie rocka z mocarnym basem („Godot”) na taneczne downtempo („Algometr Rytmu”), aby za chwilę zaskoczyć drżącym post-rockiem („Looper Ago”) i klubowym jazz popem w „Ciało Kosmos” (jak przesłuchacie to zrozumiecie), który w drugiej fazie wściekle rozpada się w elektronicznym tumulcie. Ostatni takt („Police of Vic Firth Dept.„) jest w pewnym sensie miksem poprzednich indeksów i kojarzy ze sobą i jazz, i parkiet, i trans, i alt rock. Cóż, „GODOT” jedzie bez potknięć czy zawirowań.

Mamy tu do czynienia z inspirującym przebranżowieniem nieoczywistych i eksperymentalnych dźwięków w wyjątkowo chwytliwe dzieło. Rewelacja.


wydawnictwo Music is the Weapon, 2017

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.