Jakościowy USBM #3: Norwegian Wood

Przegląd przygotował fanpage Nieregularnie relacjonowana temperatura hałasu.


Jak sugeruje tytuł, pora przejść się za muzyką w las. Całkiem sporo tematu już napocząłem wcześniej, więc tym razem wstęp będzie nieco krótszy. Przypominam tylko, że zamieszczone tu albumy są losową wypadową z większej puli. W przypadku atmosferycznego blacku ze Stanów Zjednoczonych jest to odczuwalne nawet bardziej, niż poprzednio, bo z jakiegoś powodu to właśnie ta liściasta (a czasem kosmiczna) odnoga zyskała w nowym świecie wyjątkową popularność i nierozłącznie kojarzy się z hasłem „USBM”. Jak zwykle też skupię się raczej na wydawnictwach względnie nowych.

Poprzednio wspomniałem, że atmosferyczne granie rozbuchało się na całego po 2000 roku, gdy premierę miał album „Dead as Dreams” w wykonaniu Weakling. Wypada jednak wspomnieć o lekkich podrygach, które pojawiały się już nieco wcześniej. Amerykańska cisza w eterze trwała w najlepsze, gdy w Europie miłośnicy diabelskiego skrzeczenia już w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych powolnie kręcili czuprynami w rytm zawodzeń wydanych przez Burzum, Fulgor, czy w końcu Ulver. W Stanach wspomniany już wcześniej, nie stroniący od eksperymentów, Cult of the Lizard God dodał nieco zadumanego klimatu do swojego awangardowego, wydanego w 1995 roku „Tales from the Middle Kingdom”. W bardziej znane rejony ta muzyka weszła dwa lata później, gdy wypłynął kultowy już Xasthur i jeszcze rok później wraz z pierwszą demówką Agalloch. Chociaż po latach ich twórczość wielu osobom mocno się przejadła, to w tamtych latach taka mieszanka black metalu i dark folku była co najmniej przełomowa.

Chociaż samo „Dead as Dreams” nie nosi silnych znamion górskich i leśnych szumów, to w jakiś sposób otworzyło drzwi dla muzyków chcących zrobić z black metalu coś bardziej, ekhem, romantycznego? Nie trzeba było długo czekać na pojawienie się takich artystów jak Leviathan, czy Lurker of Chalice, którzy do kompozycyjnych złagodzeń podchodzili jednak nadal trochę nieśmiało. Swoiste drugie rozbudzenie nastąpiło w 2005 roku i w tym ogromny udział miał pierwszy album pierwszy album równie hejconego, co chwalonego, Wolves in the Throne Room. Śmiem nawet stwierdzić, że ich śmiałość w odchodzeniu od pomrocznych konwenansów zachęciła do własnych wędrówek wszystkich wykonawców, którzy w lekko reakcjonistycznym odruchu zechcieli przypomnieć Amerykanom o istocie współżycia człowieka z naturą.


Mare CognitumLuminiferous Aether (2016)

No i ten wspomniany, kosmiczny aspekt daje na pierwszy ogień – tak, aby mieć go z głowy. Jak dla mnie stojący za Mare Cognitum Jacob Buczarski jest w swojej wadze prawdziwym tytanem. Pomimo tematycznego oderwania od przyziemnej uczuciowości w proponowanej przez niego wizji uniwersalnej transcendencji czuć prawdziwy romans. W tym przypadku rozumiem to jako jedność, która na Luminiferous Aether (i na pozostałych wydawnictwach) jest wyrażona poprzez zlewające się, wielowarstwowe linie gitar. Ściany dźwięku są, masywne, ale rozmyte w ambientowej próżni. Wyciszony i nieco chłodny charkot w wokalu oferuje kontrastujący obraz małego, nieznaczącego człowieczka egzystującego w pochłaniającym go bezkresie. Melodie i kompozycja podkreślają jednak, że nawet w gwiezdnym chaosie istnieje naturalna harmonia.


PanopticonKentucky (2012)

Prawie każdy album wydany w solowym projekcie Austina Lunna nadawałby się do tego zestawienia. Od Kentucky zaczął się ten etap jego twórczości, który otwarcie łączył motywy bluegrassowe z epickim (nie boję się tego słowa) black metalem. Tylko tutaj jednak te dwa światy tak przepięknie koegzystowały ze sobą, nie zlewając się prawie zupełnie. Obok typowych, pachnących ziemią i potem przyśpiewek amerykańskich górników, grają agresywne, pełne pasji i tylko lekko zarażone folkiem blackowe hymny. Przekonała mnie właśnie ta rozdzielność, z której wypływa spójny obraz prawdziwie amerykańskiego folkloru – wypełnionego gniewem, nadzieją, ale też szacunkiem do natury. Warto zwrócić szczególną uwagę na perkusję, nie bez przyczyny Lunna na gary ściągają zespoły z całego świata.


PetrychorDryad (2010)

Tad Piecka to człowiek, który cholernie rozmywa się na drobne. Brzękoli sobie folkowy projekcik, robi jakieś ambienty, gra w różnych zespołach. Jak łatwo się domyśleć, większość z tych rzeczy wychodzi mocno średnio. Na całe szczęście wydając w 2010 Epkę Dryad miał jakiś przebłysk geniuszu. Efektem jest muzyka wręcz kolosalna pod względem atmosfery – niesamowicie i bezpruderyjnie intensywna, ale jednocześnie tonąca w jednolitej, zapadającej w pamięć melodii. Nie jest to szczyt kunsztu instrumentalnego, ale całokształt w połączeniu z wzorowym dla tego nurtu wokalem tworzą krążek, który bez wahania określiłbym jako niedościgniony ideał leśnego black metalu. Szkoda, że następne wydawnictwa nie były już tak dobre.


Yellow EyesImmersion Trench Reverie (2016)

O Yellow Eyes wspominałem już wcześniej, w kontekście solowej twórczości grającego tu na perkusji M. Rekevicsa. Na „Immersion Trench Reverie” projekt całkowicie już obnażył swoje powykręcane, pożółkłe kły. W porównaniu do zestawieniowych poprzedników mamy tutaj mniej oczywistego, liściastego klimatu. Braki w tym zakresie równoważy jednak kompozycyjna kostropatość, urwane riffy i lekka chaotyczność, które lekko wpychają ich dźwięki do kanonu tego raczej dziwacznego blacku – takiego, w którym diabełek macha radośnie ogonkiem. Nie brakuje w tym baśniowego, naznaczonego zagrożeniem folkloru, co słychać w doskonale dopasowanym, jękliwym skrzeku wokalisty.


AldaTahoma (2012)

Chyba najbardziej typowy atmosferyk w zestawieniu. Mamy tutaj wszystko: łagodne partie akustyczne, marszową sekcję rytmiczną, okazjonalny flecik i rozmyty, współgrający z kompozycją wokal. „Tahoma” jest jednak albumem na tyle dopracowanym i spójnym, że ta trochę oczywista przewidywalność nie jawi się jako wada. Jako typowy przedstawiciel gatunku Alda nie obawia się jednak momentami porzucić porządku i zagrać nieco surowiej, co w odbiorze znacząco uatrakcyjnia krążek.


FaunaAvifauna (2012)

Więcej szumu drzew, więcej zadumy niż hałasu. „Avifauna” to mój osobisty faworyt na liście, głównie ze względu na jego nieoczywiste piękno. Trzy długaśne utwory poprzetykane krótkimi, delikatnymi wstawkami, sprawiają, że przy pierwszym kontakcie ten album zdaje się przeciągnięty i po prostu nudny. Trzeba okazać mu cierpliwość, wsłuchać się w wydłużone partie i idący im pod prąd maniakalny, chaotyczny wokal. Z czasem da się dostrzec drobne różnice w pozornie jednolitych momentach, lekkie muśnięcia nieprzewidywalności – teoretycznie przypadkowe, a jawnie zaplanowane i przemyślane. Jeśli tylko na to pozwolicie, to „Avifauna” zabierze was na ptasich skrzydłach w przestworza.


LeucosisLeucosis (2013)

Najcięższy album przeglądu. Głównie ze względu na te fragmenty, w których black metal ustępuje głębszej i wolniejszej sekcji rytmicznej, co wprowadza do kompozycji masywny, doomowy element. Podobnie działa wokal, często przechodzący ze skrzeczenia w bardziej gardłowe dźwięki, które nieco zalatują nowoczesnym sludge metalem. Okładka, w połączeniu z niemalże perfekcyjną perkusją, sprawiają że „Leucosis” to album traktujący o tej drugiej, bardziej militarystycznej części amerykańskiego folkloru. Brakuje tylko neofolkowych wstawek.


Fell VoicesUntitled (II) (2009)

Fell Voices jedzie na głównie na kontraście. Ich black metal jest najintensywniejszy z wszystkich przedstawionych tutaj projektów, ale często wkrada się w niego ambient i post-rock. Oszczędna produkcja, prawie nieobecny, wrzeszczący wokal i prostolinijne kompozycje sprawiają, że pomimo delikatnych wstawek Untitled (II) może skutecznie przyciągnąć lubiących bardziej tradycyjne granie fanów. Z drugiej strony nie ma tutaj też miejsca na miałkość, głównie ze względu na niestronienie od dosyć przyjemnych i chwytliwych riffów.


Evergreen RefugeAnima (2016)

Jak dobrze wiecie w blacku od cholery tłoczy się solowych projektów, których właściwie nie da się słuchać. Są horrendalnie źle skomponowane, żałośnie zagrane, a przede wszystkim kropka w kropkę identyczne, nudne i banalne. Evergreen Refuge łatwo wrzucić do tego worka, ale przy odrobinie wysiłku można przekonać się, że intensywnie powiększana dyskografia skrywa perełki. Jedną z nich jest „Anima”, na której pachnący ściółką folk, wespół z ambientem, łagodzą naprawdę tytaniczne, lekko dronujące partie gitarowe. W tej całej intensywności znalazło się jednak miejsce na zapadające w pamięć, naprawdę przyjemne melodie – w mocnym kontraście do surowej, trzeszczącej produkcji.


Chaos MoonEschaton Mémoire (2017)

Jeszcze chwilę temu na liście zamiast tego albumu był wydany w 2014 roku „Resurrection Extract”. Ze swoją stosunkowo typową kompozycją pasowałby idealnie do reszty pozycji w zestawieniu, no i właśnie w tym był problem: chciałem na koniec wrzucić coś kapkę innego. Na całe szczęście w tym roku Chaos Moon wypuściło swój (jak dla mnie) swoje najbardziej odklejone dzieło. Nietuzinkowe, rozwarstwione kompozycje ocierają się o awangardę, ale nie atakują wyniosłą pretensjonalnością. Bazą nadal jest ciorny metal, który klimat buduje rozległymi ambientami w tle, stosunkowo niskim growlem i melodyjnością gitar. Na całe szczęście nie robi tego ostatniego na tyle często, by „Eschaton Mémoire” kwalifikował się pod łatkę melodic. U podstaw to nadal pierwotny charkot, tylko troszeczkę bardziej poukładany i to w raczej ekscentryczny sposób. Jeżeli jest w tym jakiś las, to gałęzie są powykręcane w reumatyczne kształty, a sowy świecą różnokolorowymi oczyma. Srogie grzyby.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.