Jakościowy USBM #2: Paint it Black

Przegląd przygotował fanpage Nieregularnie relacjonowana temperatura hałasu.


Uprzedzam z góry, że wstępniak będzie tym razem dosyć długi. Jako że forma absolutnie nie ogranicza mnie pod względem długości, to pozwolę sobie na nieco wyjaśnień. Zainteresowanych samym przeglądem i niczym więcej zapraszam do przewinięcia trochę niżej. Po wielu mękach, jękach i atakach bólu głowy z niezdecydowania zapraszam na drugą część przeglądu amerykańskiego black metalu (część pierwsza TUTAJ). Zostajemy dalej w podziemiu, tak mniej więcej, ale wychodzimy z zamkniętych piwnic kalifornijskiego The Black Twilight Circle w celu liźnięcia czerniny z innych regionów i/lub środowisk. Chciałbym zaznaczyć, że jak zwykle miałem ogromny problem z wybraniem tych ośmiu (przypadkowa liczba) albumów, które zasługują na miejsce w przeglądzie. Czytając przegląd powinniście pamiętać w efekcie o trzech rzeczach: po pierwsze, podziemność jest tutaj pojęciem czysto odczuciowym. Nie chciałem na siłę wygrzebywać ultra-prawilnych, nagranych w wychodku kaset, które – jakimś cudem – troszkę da się słuchać; po drugie, z grona średnio-popularnych krążków o trzeszcząco-amatorskiej estetyce wybrałem osiem całkowicie losowo; po trzecie, osobiście chłonę najbardziej teraźniejszy USBM, do niego głównie chciałbym zachęcić, więc mało tu będzie staroci.

Nie byłbym jednak sobą, gdybym całkowicie zignorował tych pominiętych, a i podstarzałych pionierów wypada wspomnieć, więc możliwie zwięźle poświecę im ten akapicik. Nie będę sypał nieosiągalnymi i prawie asłuchalnymi demówkami z końca lat 80-tych kapel takich jak Nocturnal Crypt, bo ich zasługi często ograniczają się do robienia za matecznik innych projektów (w przytoczonym przykładzie z Nocturnal Crypt zrodziły się m.in. Disma i Evoken). Minimalnie kłujący w uszy nieporadnością, podziemny black do USA przyniosły albumy w wykonaniu Absu, Von i odwiecznie trzymającego poziom Grand Belial’s Key. December Wolves narobiło smaku dwiema satysfakcjonująco surowymi płytami tylko po to, żeby kilka lat później upaść pod ciężarem nieumiejętnego, industrialnego kombinowania. Z tamtych lat przytoczę jeszcze tylko (ze względu na osobiste umiłowanie) innowacyjny, jak na tamte lata w USA, Cult of the Lizard God, na którym powstał fundament dla cudaków łączących post-punk z blackiem.

Maszyna czarciego popierdolenia ruszyła z pełnego kopyta na początku XXI wieku, gdy zaczęła rodzić się (podobno) nowa fala, a pod szyldem Weakling wyszedł album „Dead as Dreams”, do dzisiaj będący solą w oku niektórych ortodoksów. Zrobił się rozłam, jak zwykle zresztą, po którym część wykonawców pogalopowała dumnie w stronę atmosferycznych monumentów (o tym więcej w trzeciej części przeglądu) i flirtów z delikatniejszymi gatunkami muzycznymi. Nawet w stosunkowo głównonurtowym blacku pojawili się wykonawcy tacy jak Cobalt, których rosnąca wtedy popularność i poziom techniczny wyeliminowały z restrykcyjnego i swojsko cuchnącego podziemia. Kultura, tak jak natura, nie znosi jednak pustki. Zawsze znajdą się zwyrodnialcy, którzy na siłę będą upierać się przy ustalonej autentyczności dzieł, nabytej głównie poprzez liczone w dziesiątkach egzemplarzy nakłady wydań kasetowych i jakość kieszonkowego dyktafonu. Nie na wszystkich z tych milusińskich jednak znalazło się tutaj miejsce. Niektórzy (np. Furdidurke, Thralldom, Ustalost) odpadli przez bliskie powiązania z innymi, znajdującymi się w przeglądzie projektami. Inni (Bone Awl, Leech, czy Lascowiec) odpadli po prostu w losowaniu. Nie oznacza to jednak, że nie warto zapoznać się z ich dyskografiami. Pamiętajcie, że ten przegląd ma służyć za pigułkę wzniecającą w trzewiach haj głodu na zimne i mroczne kakofonie z Nowego Świata.

Aha, miałem też chwilę słabości, podczas której uznałem, że jestem zbyt entuzjastyczny i niedostatecznie krytyczny. Zamierzałem przerobić całość ponownie i napisać od zera, jak gburowaty krytyk, wyposażony w ścisłe kryteria oceniania. Nie udało się, nie przepraszam.


Torture Chain – Mutilating Astral Entities [2013]

Craig „Torturer” Arms, jedyny tatuś Torture Chain, wydał pod tym szyldem już cztery EPki i dwa pełne albumy. Oprócz najnowszego „Wasting Syndrome” polecam wszystko, a i ten wyjątek może się niektórym spodobać. Na „Mutilating Astral Entities” Torturer cholernie wczuł się w swoją rolę. Dokładnie słychać tutaj przemożną pychę, pewność siebie, jaką może czuć tylko osoba faktycznie torturująca bóstwa. Gitarowe nawałnice zanoszą się złośliwie złowrogim śmiechem, a groteska przesiąknięta jest perwersyjną satysfakcją. Czasem, jakby od niechcenia, beztrosko zwalnia rytm. Zupełnie jakby wiedział, że nikt nie będzie śmiał mu w zabawie przeszkodzić. Dobra, wiem, odleciałem. Słychać tutaj po prostu spójność zamysłu i wielki talent do surowych, ale chwytliwych kompozycji.


CirrhusCirrhus [2011]

Karzeł to garbaty, trędowaty i plujący zębami z winy szkorbutu. Patrzeć się na niego nie chce, ale nie można odwrócić wzroku, bo tak przepięknie i radośnie tańczy! Naprawdę zaskakująco trafne połączenie umiarkowanej brzydoty i porywająco chwytliwego tętna. Puls bębnów nie cichnie, właściwie tylko chwilami zwalnia. Jego przaśna skoczność, żywe tempo i sporadyczne zmiany szybkości kontrastują z natłokiem wyrzyganych słów i mocno zagubionych w szumie gitar. Dwóch panów z tej formacji działa również jako nieco bardziej trzeszczące Furdidurke, a Gombrowicz się chyba w grobie przewraca.


Ominous ResurrectionOmniscient [2014]

Atmosferę ciemności oderwanej od społecznych dogmatów można składać z różnych cegieł. Oczywiście spoko jest podejście bezpośrednie, na które składają się zwykle szarżujące w zabójczym tempie ściany dźwięku i śmiertelna powaga przedstawiona za pomocą monochromatycznego makijażu. Ominous Resurrection zabiera się za to inaczej, od strony lekko rozbawionego, groteskowego okultyzmu. Na psychodelicznych, falujących i często urywanych riffach buduje się rytualny obraz dziwacznej świątyni, a specyficznie spokojne charczenie sugeruje dziki i pierwotny obrzęd odbywający się w środku. Przy odpowiedniej umiejętności wczucia się w odsłuchiwany materiał gwarantuję wrażenie obcowania z czymś nieludzkim. Niestety, w przeciwieństwie do poprzedników, tutaj perkusja trochę wali mechaniką.


El​-​AhrairahEl-Ahrairah [2009]

Nawiązanie do Watership Down w nazewnictwie, a w brzmieniu słyszalne ukłony w stronę Fall of Efrafa. Mnie nic więcej do radości nie trzeba, więc przyznam, że wcisnąłem tutaj ten album poza losowaniem. „El-Ahrairah” mocno balansuje na granicy atmosferyczności, raczy wieloma naprawdę chwytliwymi melodiami i stosunkowo rzadko trzeszczy i skrzypi, zwłaszcza w porównaniu do poprzednich albumów. Zamierzałem w szczególności polecić „Drown Alone”, jako subiektywnie najlepszy wałek na płycie, ale w sumie stoi na równi z podobnie melodyjnym „They Wore the Wind”. „White Kingdom” gra kostropate echa przeszłych demówek, a „Rind of the Earth” kończy kompozycję całkowitym wskoczeniem w zadumane kaskady. Uznajmy więc, że praktycznie każdy utwór jest dla mnie subiektywnie najlepszy.


VilkacisThe Fever of War [2013]

Jeden z najbardziej znanych projektów atmosferycznego blacku z USA – Fell Voices, jego bardziej nieugłaskany i obdarty kolega – Yellow Eyes, mniej zaspane i o potęgę bardziej zanurzone w okultyzmie Vorde oraz nastawione na nowomodę Vanum. We wszystkich tych projektach swoje zdolne paluszki macza Michael „Mike” Rekevics. „The Fever of War” to jak na razie jedyne wydawnictwo jego solowego projektu. Przy takiej ilości aktywnych zespołów chłop miał chyba już trochę dosyć perkusji i tutaj skupił się na wszystkim, oprócz właśnie bębnów (z wyjątkami, „Wolf’s Eyes” na przykład). Nie twierdzę, że perkusja na tym albumie posysa. Facet łoi czasem jakby miał osiem rąk, aż się gęba uśmiecha i uszy latają, co doskonale pasuje do bardzo obdartej z wszelakich upiększeń formy tego krążka. Mimo to nacisk położony został raczej na jego personalne „to też potrafię”. Mnie tam przekonał, że potrafi. Sekcja gitarowa, mimo banalności, urzeka jako skuteczne spoiwo w budowaniu nieprzerwanej ściany dźwięku. Swoim darciem mordy dzielił się już w Fell Voices, jako jeden z dwóch wokalistów, tutaj jednak podszedł do prucia pyska mniej wrzaskliwie, niżej, złowrogo. Doskonały pokaz różnorodności i wszechstronności nawet podczas robienia, w teorii, ciągle tego samego.


Brown JenkinsDeath Obsession [2009]

Brown Jenkins to jeden z tych projektów, o których trzeba już niestety mówić w czasie przeszłym. Co prawda na jego zgliszczach powstało The Ash Eaters, ale dwaj panowie z oryginalnego składu dobierając sobie jakiegoś kolegę jednocześnie odjęli sobie chyba po jednym jądrze i połowie mózgu. Istotą klimatu tutaj był dysonans, zgrzyt i instrumentalna szarpanina. Jak zwykle w przypadku zespołów, których nazwy zainspirowała proza Lovecrafta, miało być po prostu dziwacznie i tak właśnie było. Mocno powtarzalne, przewijające się przez całą płytę motywy i zupełnie oderwany od nich, nieuporządkowany i miejscami wrzucony w przypadkowych partiach kompozycji gardłowy growl. Niestety w The Ash Eaters została z tego tylko powtarzalność ze (zbyt) oszczędną chrapką na jakieś eksperymenty. Niechaj „Death Obsession” posłuży za epitafium dla kolejnego projektu udowadniającego, że lepsze jest wrogiem dobrego.


WolvhammerThe Obsidian Plains [2011]

Palce by mnie piekły, jakbym nie wrzucił tutaj jakiegoś miksu. Nie jest tajemnicą, że uwielbiam sludge, a na jego połączenie z blackiem reaguje zwykle stanem zbliżonym do euforycznego ataku epileptycznego. Sludge sam w sobie jest nurtem do szpiku kości amerykańskim, więc w tym przypadku czuje się usprawiedliwiony. Dodatkową wymówką niech będzie fakt, że Wolvhammer tworzą goście, którzy tworzyli i kształtowali black metal w USA, grając m.in. w Von i Leech. Tak naprawdę jednak nie powinienem się tłumaczyć, wystarczy posłuchać. „The Obsidian Plains” – pomimo fragmentów zanurzonych w punkowej rytmice i oszczędnie aplikowanego pogłosu na gitarach, to świetny black metal. Chwilami tylko przypomina o sobie jego druga strona, skupiona na sekcji rytmicznej z głębszym wokalem, siedząca na ganku w czapce z daszkiem i ze strzelbą w ręku.


UrzeitAnmoksha [2016]

Oceny i opinie tego albumu w internecie są, delikatnie mówiąc, mieszane. Prawie wszędzie też album ten jest określany jako jakiś ekstremalnie surowy, pozbawiony porządku i dźwiękowych ozdóbek. Tworzący Urzeit muzycy, grający również jako Ash Borer i Mizmor, faktycznie na wcześniejszych wydawnictwach prawie bezgranicznie pławili się w perwersyjnym hałasie i w charakterystycznej dla siebie punkowej rytmice, kuli materiał szorstki jak papier ścierny. „Anmoksha” chwilami bywa równie bezpruderyjna, ale w całości jest to produkt wyraźnie bardziej przemyślany i uporządkowany. Złodupność nie wynika już tutaj z chaosu i buntowniczej estetyki kompozycji, a raczej z przemyślanej psychodelii zmiennych rytmów, prędkości i dwóch, często przenikających się, wrzasków. Pierwotny, nieogarnięty gniew, tonący w nieprzeniknionej mgle hałasu, nie jest przecież tym jedynym właściwym. Złośliwa satysfakcja z przetrawionego już rozjątrzenia może przerażać równie skutecznie spokojną premedytacją. Dlatego właśnie, pomimo łagodniejszych partii i dosyć klarownej produkcji, nadal traktuję ten album jak część tego zatęchłego, amerykańskiego podziemia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.