Jaka powinna być krytyka

Karolina Korwin-Piotrowska w wywiadzie dla Dziennika ogłosiła: „Dziś krytykiem może być każdy, kto choć raz był w kinie i ma konto na facebooku czyli nikt. Wiedzy filmowej wśród ludzi się nie kultywuje.(…) krytyka filmowa cierpi na chorobę metajęzyka – „ja tak napiszę tę recenzję, że zrozumie ją ja i mój redaktor, a wy pacany nie, bo jesteście głupie dupki, fuj!”. Piszą tak, żeby pokazać ludziom, że są głupi. Trochę się na języku znam, czytam teksty filmowe i mówię do siebie: rany boskie, ja nic z tego nie rozumiem. I okazuje się, że nie tylko ja to mam – ludzie mówią mi, że poczytali by fajną recenzję. Ale jak czytają i widzą porównania do kina z Rwandy i Azerbejdżanu, którego oni nie znają bo i skąd, to się załamują.”.

Wywód ten tyczy się krytyki filmowej, ale jest na tyle uniwersalny, że mógłby dotyczyć także krytyki muzycznej. Podejście Korwin-Piotrowskiej nie jest niczym odkrywczym, jeśli chodzi o osoby żyjące przeszłością, czy może prędzej tęskniące za wyimaginowaną przeszłością, gdzie wszystko było jasne, ułożone, zhierarchizowane, każdy znał swoje miejsce w szeregu. Czyli: a kiedyś to było, nie to co teraz.

Nasza bohaterka skarży się właściwie na wszystko i wszystkich. Po łbie dostają młode osoby, które na własną rękę starają się o czymś opowiedzieć (nie znają mojego wymyślonego kanonu, tylko ten Marvel, oceniają film reżysera nie znając jego wszystkich obrazów itd.), ale to samo dotyczy poważnych krytyków (ten metajęzyk, ludzie nie rozumieją, krytycy wspominają o filmach z mniej znanych rejonów, a skąd czytelnicy mają o tym wiedzieć, nie ma sensu o tym mówić etc.). Ba, doszło do tego, że przypadkowe postacie wręcz dziękują Korwin-Piotrowskiej, że powraca teraz z nowym filmowym programem.

Rozmówczyni Marcina Cichońskiego należy do osób nieprzystosowanych, które w żaden sposób nie mogą nadążyć, nie wiedzą za bardzo co się dzieje wokół, posługują się szablonami i ogólnikami (słynny mellerowo-chajzerowo-saramonowiczowy styl pt. „w punkt”), ale chcą być bardzo szanowane. Krytycy są źli, ponieważ posługują się czasem nieoczywistymi sformułowaniami, kwiecistymi metaforami i w ramach porównań biorą nie do końca znane produkcje, zaś internetowi recenzenci są źli z definicji; kij z tym, co mają do powiedzenia i co tak naprawdę wiedzą. Karolina Korwin-Piotrowska widocznie chciałaby, żeby krytyka wyglądała tak, jak w książce „Krótka książka o miłości” o jej ulubionych filmach, gdzie notki encyklopedyczne gonią banał i na odwrót.

I to jest największy dramat tej całej sytuacji – ludzie kręcący się od wielu lat przy telewizji i prasie, którym (już?) się nie chce. Nie rozwijają się, nie poznają nowych rzeczy, bazują na tym, że kiedyś udało im się wybić, bo może jeszcze mieli chęci, a może nie mieli za bardzo konkurencji. Wierzą, że nic nie muszą robić, swoją – często wątpliwą – markę wypracowali dawno temu i choć minęło sporo czasu, oni dalej nie widzą w jaki sposób zmienia się rzeczywistość. Nie mają świeżych przemyśleń, rzucają na lewo i prawo utartymi schematami, nie kwestionują starego porządku, nie są odważni i ciekawi.  Pod względem stylu nigdy nie dorównają krytykom, pod względem wiedzy i zapału nigdy nie dorównają internetowym zapaleńcom. Choć między słowami gardzą filmwebem, to ich kanon jest identyczny jak filmwebowy ranking.

Uśmiecham się, gdy widzę te sztuczne „pochylanie się nad zwykłym człowiekiem” i automatycznie przypomina mi się Grzegorz Miecugow usprawiedliwiający głupkowate programy TVNu tym, że ludzie coś takiego po prostu chcą, zapominając jednocześnie o tym, że między innymi sam dopuścił do takiej sytuacji. Jeśli przez lata uczestniczy się w trywializacji treści (oczywiście jednocześnie uważając siebie za kogoś bardzo_ważnego), to nie ma co się potem dziwić.

Ale żeby nie było – uważam, że każdy jest na swój sposób potrzebny. Krytycy, internetowi recenzenci i nawet, w pewnych okolicznościach, Karolina Korwin-Piotrowska. Nie wiem tylko w jakim celu wygłasza takie absurdalne tezy.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.