HTDY

HTDY z powodzeniem i (nie)świadomie odnosi się do estetyki charakterystycznej dla Phila Elvruma, Have a Nice Life czy nawet Vincenta Gallo. Na „HUNGER SLEEP” halucynogenny folk wtapia się w ambientową powłokę, a gdzieniegdzie można też usłyszeć post-punkowe wstawki. To jeszcze nie jest pełnokrwisty i spełniony materiał – ale nie szkodzi, brudnopisy niekiedy także ściskają za gardło. Produkcja, oczywiście, zerowa. Tym większy urok.

Uwielbiam lo-fi w każdym wydaniu – mówi HTDY. To w tej estetyce odnajduję najwięcej smaku, bo to właśnie dzięki niedopowiedzeniom rozwijamy wyobraźnię i gust. Nie wiem czemu, ale kocham, jak ktoś fałszuje, gra nierówno i ma wyjebane na to, bo gra prosto ze swojego wnętrza. Nagrywałem w domu, częściowo improwizowałem, chociaż w zasadzie to przez parę miesięcy chodziłem i śpiewałem te kawałki – czułem, że jest to głos tego, co czuje.

Podczas tworzenia „HUNGER SLEEP” słuchałem dużo Gilesa Coreya, crywanka, Chelsea Wolfe, Salvii Plath. I właśnie takie podejście do muzyki jest dla mnie kwintesencją leczenia bólu. Swoją drogą – jestem teraz szczęśliwą osobą, o czym mówi ostatnia piosenka. Bardzo się wstydziłem publikowania tego gdziekolwiek, ale się przełamałem. Co to kwestii technicznej, to właśnie jakość była dla mnie ważna, a raczej jej brak. Pierwotnie chciałem nagrać to na kasetę magnetofonową, jednak niestety nie udało mi się. Dlatego w postprodukcji chciałem jak najbardziej zbliżyć się do efektu rozmagnesowanej kasety.

Marzyło mi się, żeby ktoś „HUNGER SLEEP” potraktował jak stary pamiętnik znaleziony na strychu, w którym dzieciak opisał, jak bardzo boli go rozstanie. To po prostu pocztówka z nieudanych wakacji.

➡ facebook

bandcamp

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.