Faith No More – Angel Dust (1992)

W Faith No More urzekała mnie awersja do gitar. Wystarczy przypomnieć dawne wypowiedzi samych muzyków o sesji do „Angel Dust” – udział Jima Martina miał być intensywnie marginalizowany, ponieważ ten zupełnie nie czuł atmosfery nowego materiału. A biedny Jim stawał na rzęsach starając się zarzucić jakiś motyw. Szczególnie Patton miał problem z solówkami Martina, któremu chyba wydawało się, że jest Slashem i Mayem jednocześnie. Wystarczy obejrzeć niektóre nagrania live z tamtych lat, aby się przekonać, co Patton robił, gdy znów rozpoczynała się gitarowa salwa. Jeszcze przy „The Real Thing” ta współpraca wyglądała jako tako – wydany w 1989 krążek pozytywnie odnosił się m.in. do hard rocka. W późniejszych latach FNM zatrudniali gitarzystów mających w pełni słuchać się reszty.

Strzelam na oślep, że dzięki temu Faith No More do tej pory brzmią całkiem świeżo. Wieczna chęć eksplorowania nowych muzycznych terenów powodowała, że Amerykanie nie żyli przeszłością (wystarczy zobaczyć TUTAJ) i dobrze się bawili. „Angel Dust” nie ma raczej zamysłu bycia głosem pokolenia, na co cierpieli klasycy lat dziewięćdziesiątych, którzy wiecznie chcieli grać ważną muzykę. Ale tym samym ich pastiszowa formuła miała też swoje granice i nie pozwalała zdominować całego albumu. Prześmiewcze wtrącenia używano w odpowiednich proporcjach, żeby w żadnym wypadku nie zaszkodzić samym kompozycjom. No chyba, że już na wstępie do tej szuflady wrzucimy irracjonalne klawisze Bottuma, jakby wyjęte z soundtracków filmów klasy C.

Funk w metalu udał się zaledwie kilka razy, między innymi w przypadku Faith No More. Wolałbym za bardzo nie przesadzać, ale Billy Gould, jako jeden z nielicznych, wiedział jak te dwie sprawy pogodzić nie robiąc z siebie błazna. Tak jak Mike Patton umiał po swojemu przerobić lounge czy soul, tak Gould wykręcał rewelacyjne funkujące basowe partie; nieskomplikowane, nie wychodzące na pierwszy plan, lecz trzymające w ryzach melodie.

Ten specyficzny kolaż zapewnił „Angel Dust” wieczną sławę, aczkolwiek mało już kto pamięta komercyjną porażkę longplaya w USA. Stylistyczna wolta nie została przyjęta z wielkim entuzjazmem. Niebawem sytuacja uległa sporej zmianie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.