Dlaczego odczuwam smutek, gdy słyszę Męskie Granie

Wszystko zaczyna się od nazwy. Nie podejrzewam organizatorów o wielopłaszczyznowe znaczenie hasła Męskie Granie – to taki tandetno-krwisty slogan oddzielający „sztuczne” granie od tego „prawdziwego”. A jak prawdziwe, no to wiadomo – musi być męskie.

To faceci ustalają zasady gry, to oni utożsamiają rockandrollowy styl życia, to oni wreszcie rozumieją, co oznacza „ostro”, ciężko”, „autentycznie”, „z powerem”.  Jakżeby inaczej. Ktoś zawoła: hola hola, przecież tam też występują kobiety. Oczywiście, że występują. Żywiec nie jest głupią firmą i wie, że line up złożony z samych kolesi mógłby wywołać kontrowersje, stąd dbają o to, aby wszystko oficjalnie było w porządku. Jeśli kobieta dostąpi tego niesamowitego zaszczytu i otrzyma zaproszenie, musi w pewnym sensie pasować do konwencji, czyli mieć w sobie ten (najlepiej rockowy) „pazur”. Bo przecież Męskie Granie to nie są rurki z kremem.

„Niepokorni i niepowtarzalni. Oryginalni i niekonwencjonalni. Artyści z krwi i kości. Mieszają style, łączą gatunki, szukają własnej drogi. Muzycy, którzy nie oglądają się na innych, lecz sami tworzą trendy.” – powiedzcie, ale tak szczerze: znacie zapowiedź, która jeszcze w mniejszym stopniu odpowiadała rzeczywistości? Męskie Granie jest zaprzeczeniem niepowtarzalności, niepokorności, łączenia gatunków. Narracja tego festiwalu jest gitarocentryczna, a jeśli już jest coś mieszane, to musi być z „krwi i kości”. Dlatego też podejrzewam, że dla organizatorów czymś totalnie szalonym, nie do ogarnięcia, niszczącym mózg i wywołującym ekstazę, jest wspólny występ rapera z rockowymi muzykami. Bo przecież właśnie zaczynamy lata dziewięćdziesiąte.

I może dałoby się na to wszystko machnąć ręką, gdyby nie zasięg tych bzdur. Ludzie od Męskiego Grania przez osiem z łatwością lat formułują śmieszne teorie, sugerują, jakoby była to alternatywa dla – tak niby przez nich nielubianej – komercji, czymś, czego „nie usłyszysz w radiu”. Jednocześnie zapraszają w dużej mierze artystów wyjątkowo słabych: powtarzających znane od dawien dawna przeraźliwe nudne blues-grunge-hard rockowe patenty, serwujących zupełnie przezroczystą siódmą wodę po kisielu, groteskowych w swojej do bólu ułożonej niby-bezkompromisowości. I wmawiają, że tak trzeba. Bo przecież za wszelką cenę trzeba udowodnić wyższość nad mitycznym plastikiem.

Męskie Granie mogłoby być zwykłą sponsorowaną imprezą. Ot, taką bzdurą z głupiutką nazwą na wakacje. Podejrzewam, że cieszyliby się podobną popularnością, a przy okazji „nie truliby ludzi” (cytując klasyków) groteskową filozofią polegającą na wmawianiu młodym ludziom, że w tym kraju na nic więcej, jeśli chodzi o alternatywę, nie mogą liczyć. Mogą i powinni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.