Dinosaur – Kiss Me Again (1978)

Zawsze trzymał się na uboczu, mimo że łaknął popularności. Popularności w pozytywnym sensie; tej, w której jest miejsce na docenienie i podziw. Nie miał jednak szczęścia, a i sam nie do końca pasował do profilu gwiazdy, nawet tej niezależnej. Russell był chory na punkcie muzyki. Nagrywał bezustannie, desperacko szukając perfekcyjnych kompozycji. Tym nieco odróżniał się od swoich nowojorskich przyjaciół, poważnie traktujących sprawy wizerunkowe oraz okołomuzyczne. Wbrew pozorom nie był natarczywie introwertyczny. Nawet jeśli zamykał się w swoim świecie, to zawsze wyciągał rękę do słuchacza, oferując garść cudnych nośnych melodii. Trzeba było je przy odrobinie wysiłku odnaleźć, co zapewne też w jakimś stopniu rzutowało na rozwój kariery pochodzącego z Oskaloosa artysty.

Russell, oprócz zmagań z powykręcanym art popem, interesował się również disco. Warto zaznajomić się wydanym pod szyldem Dinosaur L albumem „24→24 Music” (gdzie jeszcze mocno odczuwalne są wpływy no wave’u) oraz paroma singlami Loose Joints (arcydobre „Is It All Over My Face”). Najważniejszy w tym gronie jest Dinosaur (bez „L”), a raczej jedna piosenka: „Kiss Me Again”.

Nasz bohater wszystko dogłębnie analizował i starał się wypracować brzmienie pozbawione jakichkolwiek „ale”. Przy „Kiss Me Again” to się całkowicie udało. Oto trzynastominutowy banger (ciekawostka – na gitarze pomyka David Byrne) wyciągający z disco *wszystko* co najprzyjemniejsze. Absolut z fragmentem wyrastającym nawet poza skalę (3:40 – 4:10). Dla mnie to wystarczający dowód, aby nazwać Arthura Russella geniuszem, a każdego krytyka disco głuchym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.