Charly Bliss – Guppy (2017)

W pojedynku na ultra power popowe przeboje 2017 Charly Bliss przegrywają jedynie o włos z Remo Drive.

Różnic pomiędzy tymi grupami jest znacznie więcej niż podobieństw, ale „Guppy” mógłbym jeszcze słuchać miesiącami na przemian z „Greatest Hits” z prostej przyczyny: jednych i drugich łączy przewlekła miłość do bezwstydnych, porywających, beztrosko-ważnych i bez reszty melodyjnych piosenek.

Patent Charly Bliss polega na najntisowym sprofilowaniu power popu poprzez umiejętne wtopienie w główną tkankę twee popu i pop punku smagniętych grunge’owym szlifem. I tak przez 29 minut.

Jednym z fundamentów sukcesu jest niezwykły wokal Evy Hendricks, który chyba najlepiej i najszybciej jest w stanie ‚wytłumaczyć’ na czym polega ta cała power-punk-twee kooperacja. Hendricks ma dziecięcy, ale i jednocześnie łamiąco-zachrypnięty głos. W zwrotkach jeszcze nie rzucający na kolana, lecz już w refrenach zgarniający całą pulę.

Podobnie z samą muzyką – chorusy na „Guppy” wypadają wprost zabójczo. Budzą się w nich duchy najlepszego okresu The New Pornographers i Pixies (przykładowo „Ruby”): są konkretne, szybkie, nieskomplikowane, z deka rozmarzone, przybrudzone, klawo zharmonizowane i czułe (kłaniają się Belle and Sebastian). W obrębie „Westermarck” – „Glitter” – „Black Hole” dzieją się kosmiczne rzeczy. W „Westermarck” już po 16 sekundach zaczyna się eksklamacja potężnie huczących melodii; „Glitter” nie jest aż tak roztrzęsione i ma słodszy flow (wyobrażam sobie ten track w jakimś miodnym teen movie); natomiast „Black Hole” ma grunge’owe, tęskne brzmienie – do motywu przewodniego nie jest już tak łatwo się dobrać.

Dalej też jest mocno. Na wyróżnienie zasługuje spokojniejsze „Gatorade” z weezerowym riffem. Można również wrócić na sam początek – „Percolator” bez większych perturbacji wprowadza w świat wspomnianej magicznej trójki. Ostatnie motywy na „Guppy” odrobinę różnią się od tych strzaskanych hookami ścieżek. Szczególnie „Julia”, być może najcięższy numer na płycie. W takiej shoegaze’owo-post-hardcore’owej otoczce w latach dziewięćdziesiątych grało Hum (pamiętacie ich?).

Dodajcie jeszcze rozczulające liryki i oto jest: wasz tegoroczny skarb.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.