Brand New – Science Fiction (2017)

Nie przypuszczałem, że pisanie o Brand New bez kombatanckich wspomnień jest takie trudne. Nigdy nie wyrosłem z ich muzyki – bo nawet nie było takiej okazji. To grupa, która cały czas ewoluowała. Przepadam za pierwszymi emo-pop punkowymi dokonaniami Brand New, od święta do nich wracam, ale zdaję sobie sprawę, że jest w nich sporo szczeniackiej (nad) ekspresji. Od wydanego w 2003 „Deja entendu” z każdym kolejnym nagraniem zmieniali brzmienie, wypracowując przy tym swój własny styl. Może nieszczególnie oryginalny, za to głęboko poruszający, przytwierdzony do pokoleniowych, rozrzewniających liryk Jesse’ego Laceya.

Kiedy więc zdarłem do krwi „The Devil and God Are Raging Inside Me” (2006), jeden z lepszych albumów lat zerowych, oni po trzech latach powrócili z „Daisy”, które może nie tyle odcinało się od przewrażliwionej na swoim punkcie przeszłości, co nakreślało nowe możliwości. Post-hardcore’owe „Daisy” z trudnych do określenia względów nie zyskało takiego rozgłosu jak poprzednie dokonania. Mnie natomiast omotało i sprawiło, że Brand New zacząłem jeszcze mocniej szanować.

Osiem lat to jednak szmat czasu. Nie ma co się łudzić, że jest tak samo jak w 2009 – nie jest. „Science Fiction” to niczym spotkanie po bardzo długiej przerwie ze znajomym, z którym spędzało się dawniej każdą chwilę. Ale wiadomo, każdy musiał w pewnym momencie pójść w swoją stronę. I teraz po poruszeniu obowiązkowych tematów, co tam, co robisz, a pamiętasz, robi się niezręcznie, jedna i druga strona traci flow i już się wie, że za dużo się pozmieniało, że pewnych rzeczy nie da się nadrobić. Źle się się z tym czujesz, chociaż nie rozpaczasz, tak przecież wygląda większość życia. W tej sytuacji można podać sobie ręce, życzyć powodzenia, zaproponować gdzieś w przyszłości (grzecznościowe) spotkanie albo drążyć temat. Drążyć do momentu, gdy znów poczuje się ekscytacje i radość ze wspólnie spędzonego czasu. Tak było z „Science Fiction”.

Pierwszy kontakt był rozczarowujący. Wydawało mi się, że Brand New stracili dynamikę (co poniekąd jest prawdą), skupili się na quasi-akustycznych, nieśmiało poruszających się aranżach, do oporu eksplorujących rzewne, podstarzale melancholijne wątki (co też nie jest do końca kłamstwem). W tym wypadku zawiniła moja niecierpliwość, gorączkowa chęć otrzymania już na starcie mocnego kropnięcia. A na „Science Fiction” reakcje zawiązują się niespiesznie, może nazbyt dostojnie, ale to nic, późniejszy efekt wszystko wynagradza.

Brand New na wysokości 2017 nie krzyczą, aby wyrazić swoją alienacje, znacznie rzadziej korzystają ze schematu „cicha zwrotka-wybuchowy refren”, z sympatią spoglądają na folkową ornamentykę, przebojowość ukrywają za kotarą zrównoważonych i dyskretnych melodii, nawet jeśli czasem nie wytrzymują i szarpią, jak np. w ultra-chwytliwym „Can’t Get it Out”, choć przecież już następne w kolejce „Waste” magnetyzuje onirycznymi komponentami. Punktem pośrednim może być „Same Logic/Teeth”, gdzie w alt rockowej obwolucie buzuje od żywiołowych faktur, lecz te nigdy nie mają swojej kulminacji, rozmywając się w niepokojących, miękkich partiach.

I nie jest to, jak początkowo mniemałem, poczucie zrezygnowania, a prędzej pogodzenia się z pewnymi sytuacjami, co de facto wcale nie oznacza braku chęci do naprawiania tego, co jest zepsute. Po prostu zmieniła się optyka. Sposób, w jaki Brand New do tego wszystkiego doszli, może wywoływać jedynie mój podziw.

Podobno to ich ostatnie dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.