Błyskawiczne wprowadzenie do muzyki Moondoga

(archiwum CBS)

Louis Thomas Hardin spełnia niemal wszystkie kryteria kultowej postaci. Przede wszystkim w powszechnej świadomości funkcjonuje jako artysta niedoceniany, bagatelizowany i zapomniany. Jego życiorys (o którym szczegółowo dowiecie się niemal z każdego dostępnego tekstu opowiadającym o naszym bohaterze) naznaczony tragedią, ekstrawagancją, kontrowersją i wieloma zwrotami akcji wydaje się wprost stworzony do ekranizacji. Ponadto twórczość Hardina była uwielbiana przez tak wybitne osobowości jak Charlie Parker, a o jego wpływie na wielu innych – często z najwyższej półki – muzyków można opowiadać godzinami. Dodajmy jeszcze do tego mit, który głosi, że o Moondogu na poważnie mówi się dopiero od kilku lat, po długim okresie milczenia. Niewątpliwie każdy z tych elementów tworzy legendę.

Są to historie dopasowane do pewnej atrakcyjnej narracji, wszak niemal każdy z nas lubi uczestniczyć w czymś nieodgadnionym i nie do końca odkrytym, ale w żadnym wypadku nie zmienia to faktu, że mówimy o człowieku odpowiedzialnym za ogrom wspaniałej oraz jedynej w swoim rodzaju muzyki – i to na niej warto się skupić. Dyskografia Moondoga obfituje w wydawnictwa z wielu różnych bajek, które zarazem łączą się w jeden logiczny ciąg. W pierwszej kolejności najlepiej (i najłatwiej) sięgnąć po trzy klasyczne płyty Hardina (wszystkie nazwane „Moondog”) oraz – bonusowo – po „Elpmas”, materiał z 1991.

Wydany w 1956 self-titled nie sposób porównać do czegokolwiek innego opublikowanego wcześniej; ba, nie sposób nawet porównać do muzyki nagranej w kolejnych dekadach. Te trwające ledwie półgodziny dzieło splata ze sobą drogi muzyki poważnej, jazzu i folku. I choć na pierwszy rzut oka nie ma w tym nic zaskakującego, to na drugim planie rozgrywają się przedziwne historie, gdzie hardinowa exotica przedziurawiona zostaje cudacznymi avant-folkowymi wkrętami i odgłosami otoczenia (np. żab). Ten tropikalny mistycyzm, niemalże pozbawiony kontestacji, zupełnie rozbraja. I fascynuje.

Przeskakujemy o 13 lat. „Moondog” z 1969 należy do grona najważniejszych dzieł minimalizmu. Najważniejszych, ale także najprzystępniejszych. Orkiestrowe, post-wagnerowo-jazzowe aranże zlewają się z brzmieniem ówczesnych filmowych ścieżek dźwiękowych. Dostojność muzyki Moondoga niejednokrotnie nabiera specyficznych rumieńców – jest to uniwersalna i elastyczna majestatyczność, zaś harmonie wydają się wręcz namacalne. To przepiękne, oczyszczające dzieło.

Dwa lata później na światło dzienne wyszedł „Moondog 2” (czyli właściwie trzeci self-titled), zbiór 26 utworów-miniaturek. Ulokowanie ich, jak to bywa w przypadku Hardina, w jednej konkretnej przegródce jest właściwie niemożliwe do wykonania. Nieco ryzykując można powiedzieć, że dwójka zeswatała ze sobą poptymistyczny folk z muzyką barokową, co finalnie prowadziło do dźwięków podniosłych, niemalże pastoralnych, okraszonych śpiewem June Hardin (córki Moondoga), które jednocześnie cechowały frywolne oraz beztroskie melodie.

Na sam koniec wprowadzenia warto sięgnąć po „Elpmas”: krystalicznie czysty, krzepiący minimal. Pod względem faktur jest to być może najbardziej ambientalny longplay Moondoga. To także album potwierdzający, że Hardin kilkadziesiąt lat po swoim debiucie w dalszym ciągu był artysta poszukującym, głodnym nowych wrażeń, nawet jeśli trzymał się ram opracowanych już w latach pięćdziesiątych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.