Bark Psychosis – ///Codename: Dustsucker (2004)

Odnajduję na drugiej płycie Bark Psychosis monotonię, którą chciałbym przeżywać na okrągło. “///Codename: Dustsucker” ma bezpieczne brzmienie: niemrawo stąpające, dyskretne i kameralne; usadowione gdzieś w półśnie. Pod tą fasadą kryje się jednak znacznie więcej – tkanka tego nastroju jest bardziej skomplikowana niż może się wydawać.

Anglicy nie rozpieszczali za bardzo swoich słuchaczy. Od momentu założenia grupy w 1986 światło dzienne ujrzały jedynie dwa długograje. Wydany w 1994 “Hex” szybko trafił do kanonu swojej dekady, za co też odpowiadał Simon Reynolds, wplatając do recenzji w Mojo termin ‘post-rock’, wcześniej używany jedynie przez kilku zapaleńców. Pomijając bezsensowne dyskusje “kto był pierwszy i czy na pewno był to Reynolds”, rzeczona sytuacja stawiała Bark Psychosis w ciekawym świetle. Rozmyte jazz-ambientalne kompozycje emanowały pięknem; wyraźnie też korespondowały z estetyką Talk Talk – niegwałtownymi, wymuskanymi, wysublimowanymi ścieżkami. Przy odrobinie szczęścia mogli zdominować najntisy. Ale na premierę kolejnego longplaya trzeba było czekać aż dziesięć lat, chociaż pierwsze dźwięki powstawały jeszcze w 1999. Dodatkowego smaku dodawał fakt, że Bark Psychosis od dawna już nie istnieli. Na pokładzie został tylko mózg grupy, Graham Sutton, który przez pięć lat nagrywał nowe piosenki w przeróżnych kadrowych konfiguracjach, zaś efekt końcowy można jednocześnie traktować jako jego solowe wydawnictwo. Na okładce widnieje jednak Bark Psychosis – i tego się trzymajmy.

Rozparcelowując “///Codename: Dustsucker” na czynniki pierwsze natkniemy się na szereg pokus. Can my life wait any longer? – tak rozpoczyna się “From What Is Said to When It’s Read”, zaprogramowany niczym najsłuszniej działająca Codeine’owa maszyna. Zamglony slowcore jest wybornym prologiem do kluczowego indeksu. “The Black Meat” w przeciągu ledwie siedmiu minut kilka razy modyfikuje swój genotyp. Pierwszy akt przywołuje na myśl depresyjne Steely Dan w trybie slow-motion z trwożliwym Slintowym basem, co zdecydowanie wzmacnia wydźwięk jednego z ostatnich wersów:” take me down/love’s gone”. Z nagła do gry wkracza smooth-jazzowa trąbka, żeby już na ostatniej prostej pogrążyć się w szumiącym ambiencie. I to jest clue, wartość najwyższa – z pozoru koherentna struktura jest de facto pogmatwana. Oczywiście w tym najprzyjemniejszym znaczeniu.

Sutton topi smutek w ambiencie. Ujmująco zaaranżowanym, wkraczającym na ścieżkę Davida Sylviana, Arthura Russella, dream popu, trip-hopu, zespalającym lounge i noir. Tak często nieoczywistym – “Shapeshifting” gwałtownie przecina noise rockowy riff, a z hipnotycznego “Burning the City” wybudza raptowny, rozciągnięty huk. Pomiędzy nimi znajduje się narkotyczny “INQB8TR”, z otumaniającą perkusją, mętnymi wokalizami i paradoksalnie cholernie niepokojącą, w kontekście całej płyty, frazą „don’t you know it’s gonna be alright?” Tylko “Rose” od pierwszej do ostatniej sekundy ma te same oblicze.

Obok “The Black Meat” najwyżej cenię “Miss Abuse”, gdzie “Moonshake meets Stereolab”. Moonshake pojawia się ze względu na bas, który na “///Codename: Dustsucker” nie gra roli pierwszoplanowej, lecz gdy już się pojawia, tak jak w tym przypadku, to nie ma już co zbierać. Najczęściej są to rwane, przeszywające partie, wplecione w nieco bardziej ‚stabilne’ tło wydarzeń. Niewymowny jest finał “Miss Abuse”, gdy do psychodelicznego podkładu dołącza zamroczona elektroniczna wiązka. Początkowo wydaje się irracjonalna, później staje się dla nas bezwarunkowo konieczna.

Konieczna jak cała twórczość Bark Psychosis. Wystarczy raz spróbować, aby całkowicie się uzależnić. Skromna dyskografia nie powinna nikomu sprawić niedosytu. Wszyscy potrzebujemy twórców bez większej skazy i niepotrzebnych wpadek.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.