Andy Stott – Too Many Voices (2016)

Szkoda mi Andy’ego, ponieważ jego najwięksi fani, wbrew pozorom, są bardzo konserwatywni i wymagają nieustannego eksponowania bólu istnienia. A tu zonk – Stott na „Too Many Voices” wychodzi do ludzi. Wprawdzie jeszcze się do nich nie odzywa, natomiast przestaje chować się po kątach; dla niektórych to wystarczający powód, aby kręcić nosem i wspominać z rozrzewnieniem poprzednie nagrania. Pomimo innego rozłożenia akcentów ciężkości, długograj Anglika w dalszym ciągu nie nawiązuje głębszych relacji z serotoniną. Za to Stott nierzadko kompletuje do swojego nowego brzmienia pokaźne elementy przybitego uk bassu, lirycznego vaporwave’u, skrytego r&b oraz – co jest już ogromną niespodzianką – hypnagogic popu (ilości są śladowe, ale są). Ten drogocenny kolaż dopełnia ‚klasyczne’ ambientalne dub techno. W efekcie czasami tworzy się mały rozgardiasz, lecz ostatecznym rozrachunku „Too Many Voices” prowokuje życzliwie do kolejnych przesłuchań. Ulegnę zatem.