Przegląd: 1001 najważniejszych utworów XX wieku #11

Chciałbym zaprezentować – w miarę chronologicznie – 1001 najważniejszych momentów muzycznych XX wieku. Wieku w którym utworzyła się muzyka rozrywkowa i przy okazji praktycznie zakończył się cały cykl jej rozwoju. Od przeistoczenia romantyzmu w modernizm, przejście ragtime’ów w spiritual jazz, kroczenie rhythm and bluesa poprzez soul do hip-hopu, wpływ Bitelsów na pokolenie teledysków na Vivie, coraz to bardziej ekstremalne gatunki powstałe z krautrocka, aż po bliskość post-punku z disco. Droga od “Salome” Straussa do “Kid A” Radiohead. Droga wyboista, rozpoczęta i zakończona dwoma trzęsieniami Ziemi, ale paradoksalnie przyjemna i ciekawa. Co tydzień pojawi się tu parę odcinków. Spoilery tej historii można odszukać na moim blogu.


Henry CowellThe Banshee
Rok powstania: 1925

Henry Cowell nagrywał muzykę do “Dead Space” na 90 lat przed powstaniem gry. Stworzył też piosenki proto Velvet Undergroundowe na 40 lat przed nagraniem albumu z bananem (choć brakowało mu trochę Nico, żeby ubrać to w melodię). Cowell razem z Leo Ornsteinem wymyślili zabieg zwany klasterem, co z automatu dało mu łatkę jednego z największych rewolucjonistów lat 1920-1930. Klaster polegał na uderzeniu w trzy dźwięki jednocześnie (najczęściej na klawiaturze) obok siebie, a najbardziej pomocnym narzędziem okazywały się palce, całe pięści i przedramię w różnych konfiguracjach. Całość była o tyle agresywna i chaotyczna, co jednocześnie w niespotykany sposób pieszcząca ucho. Te niedbałości miały swój psychodeliczny i odrealniony wydźwięk. W dość radykalny sposób czuć to na “The Banshee”, które wywróciło do góry nogami lata 20-te i obiecywało dalszy rozwój w tym tajemniczym kierunku.


Leo OrnsteinMorning in the Woods
Rok powstania: 1924

Zanim powstawała mocno eksperymentalna muzyka Cowella, to echa jego przyszłej twórczości czuć było w kawałkach na pianino Leo Ornsteina takich jak “Morning in the Woods”, gdzie ewidentnie pogrywał sobie z przyzwyczajeniami słuchacza, ale pamiętał o takich twórcach jak – choćby – Charles Ives. Ornstein miał swego czasu łatkę postrachu klawiatury, co mogło być zarówno komplementem, jak i pewnym wykpieniem chaosu w jakim znajdował przy niektórych partiach swojej muzyki. W dalszym ciągu były to jednak urocze pejzaże klawiszowe, a nie walenie blachą po uszach w stylu cowellowskim. Mimo wszystko nie była to muzyka zmierzająca do kompletnego bezładu, ale starająca się opowiedzieć pewną historię. Od nas samych zależy jak bardzo surrealistyczna będzie ta opowieść.


Edgar VarèseAmeriques
Rok powstania: 1925

Wielkie rewolucje eksperymentalnej muzyki odcisnęły piętno na teatrach muzycznych, które w latach 20-tych mocno rozkwitały jeśli chodzi o frekwencję. Do teatrów muzycznych nagle zaczęły chodzić całe rodziny, a nie tylko burżuje z kubańskimi cygarami w ustach. Na czele ultramodernistów stał nieskromny Edgar Varèse, który opowiadał o sobie: stałem się swego rodzaju diabolicznym Parsifalem, który zamiast Świętego Gralla szuka bomby pozwalającej mu wysadzić muzyczny świat i w konsekwencji dać mu prawo wstępu do wszystkich dźwięków, nawet takich określających się mianem hałasu. Wydaje się, że Edgar słuchałby dzisiaj chętnie harsh-noisu i koncertówek Swans. Celem jego najgłośniejszego dzieła, czyli “Ameriques”, było połączenie wielkiej wyszukanej orkiestry z dźwiękami spotykanymi na ulicach amerykańskich miast i podszyć to cowellowskim eksperymentem (od 2:30 chociażby). Przedstawił on Nowy Jork, rzekę Hudson i Most Brooklynski z perspektywy muzyki. W zależności od wykonanej wersji dosłyszeć w utworze możemy ruch uliczny, sygnały wozów strażackich (prasa swego czasu rozwodziła się nad brzmieniem syreny wypożyczonej z nowojorskiej straży pożarnej) i zawodzenie syren przeciwmgłowych. Po prostu pierwszy muzyczny industrial.


George AntheilBallet Mècanique
Rok powstania: 1927

George Antheil był porównywany ze Strawińskim, ale po tym, jak Igor powiedział wprost, że muzyki Antheila nie znosi, postanowił poszukać innego towarzystwa. Wszystko co najbardziej lubił odnalazł u Ornsteina i jazzmanów. Tworzył muzykę jak na swoje czasy niesamowicie energiczną i jakby totalnie wyłamaną z początku wieku. Gdybyście się zastanawiali, który z utworów z mojej listy odpalić w pierwszej kolejności, to niech będzie to “Ballet Mècanique”. Kawałek muzyki jakby wzorowany na “Les Noces”, ale z ewidentną nutką przesady, która dzisiaj nazwana byłaby spontanicznością i improwizacją, co było niezbyt cenione w roku 1927. Za najlepszy przykład tego może być zabawna reakcja konserwatywnego krytyka Deemsa Taylora, który na – w jego mniemaniu – TO COŚ zaczął wymachiwać białą chustą na trzcinowej lasce na występie muzyka ku uciesze publiczność. Naprawdę, to były ciężkie czasy dla ludzi próbujących łamać schematy.


Carl RugglesSun-threader
Rok powstania: 1931

Kontynuatorem dążeń ultramodernistów na przełomie lat 20-tych i 30-tych do muzyki chaosu był Carl Ruggles. Ruggles miał jasno sprecyzowany plan: chciał stworzyć muzykę całkowicie pozbawioną melodii. Chciał stworzyć na nowo dzieła Charlesa Ivesa bez ich największej usterki – czyli melodyki właśnie. Gdybyście włączyli “Sun-threader”, to powiedzielibyście, że to jakaś przesadzona kontynuacja Beethovena. Właśnie w owej przesadzie tkwi największych eksperyment. Wzniosłość każdego z tematów wydaje się całkowicie bez sensu i daje poczucie zmęczenia materiału już po pierwszej minucie. Bez szans na jakiekolwiek zanucenie sobie czegoś pod nosem. Wielka napompowana modlitwa w stronę słońca. Wielkim orędownikiem utworów Rugglesa stał się Varèse, który postanowił zawiązać z nim współpracę. Obaj założyli Międzynarodową Gildię Kompozytorów, która między innymi postanowiła stale poszerzać skład muzyków dążących do eksperymentów. Muzycy eksperymentalni, którzy do dzisiaj żyją na uboczu, tworzą wielkie rzeczy odrzucając jakiekolwiek pokłady logiki i masowego nieangażującego gustu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.