10 x jazz 70’s dla ciekawskich wg The Seventies – #2

Wita was ponownie The Seventies. I jak, podobała się pierwsza lekcja [LINK] ? Znakomicie, to przechodzimy dalej. O szczebelek. W drugim rzucie przygotowałem kolekcją porcję mieszanki absolutnej klasyki i ciut mniej oczywistych płyt, które fajnie zarysują nowatorskie rzeczy, jakie się tworzyło w dekadzie z tytułu.

Nowy zestaw 10 płyt to ponownie muzyka stosunkowo łatwa do załapania, ale już troszkę ostrzejsza, w większości przypadków bardziej nafaszerowana elektroniką.

Gotowi? No to jedziemy.


Mahavishnu Orchestra The Inner MountingFlame (1971)

Miało być krótko, ale to przystanek, przy którym się po prostu trzeba zatrzymać. Już pominę swoje tony sentymentu do zespołu i peany na rzecz grającego na gitarze lidera. To jest zespół, który zrobił autentyczny przełom. Jego płytami inspirowała się pewnie połowa rockowego świata lat 70., numery w ich stylu nagrywały zespoły i ludzie, o jakich by się w życiu o to nie podejrzewało. Naśladowano i kopiowano kompozycje, styl gry na gitarze, na syntezatorze, na bębnach, dodawano skrzypce.

Ale najlepszy jest inny numer. Druga płyta zespołu (wg mnie dość przeciętna) trafiła na listę Billlboard na 15 miejsce. Na najważniejszą światową listę przebojów, gdzie królowały wyłącznie płyty z popowymi i rockowymi hiciorami. „Birds of Fire” – 100% instrumentalnego grzania, bez sekundy śpiewu, bez żadnego przeboju, który zagnieździłby się w radiowych listach przebojów. Goście zrobili wyłom w murze, po którym ludzie świata jazzu nagle dostali szansę wyjścia z bańki.

Dobra, dość o całej otoczce. Co my tu mamy? Totalnie bezkompromisowe naparzanie podłączonego pod prąd zespołu, który postanowił ożenić jazz z rockiem w jakiejś totalnie mistrzowskiej formule. Elektryczna gitara, elektryczne piano Rhodesa i organy Hammonda, elektryczne skrzypce, wypasiona perkusja i elektryczny bas. Tu nie ma sekundy czegokolwiek, co by przypominało cokolwiek, co kojarzy się z klasycznym jazzem.

Głębokie jak studnia, uduchowione „Meeting of the Spirits”, ekstremalne popisy w „Noonward Race”, „Vital Transformation” i „Awakening”, pachnące niewinnym new-age’em „Dawn” z cudownym impro na gitarze, zatopione w tajemnicach i przechodzące płynnie w jakiegoś bluesa „The Dance of Maya” i perfekcyjnie kojące „YouKnow, YouKnow”.

Podobało się? Ja myślę. Później przez najbliższe kilka lat nie nagrali słabej płyty. Ale moje ulubione to bardziej koncepcyjne „The Lost TridentSession” i „Apocalypse” z orkiestrą. Natomiast koniecznie należy posłuchać tego co grali na żywo – bo to właśnie koncertami, nie przebojami z radia, Mahavishnu Orchestra wygrało bitwę o publiczność i fanów. Wybór oficjalnych płyt niewielki, ale YT roi się od bootlegów.


Gary Bartz NTU Troop Harlem Bush Music: Uhuru (1971)

John Coltrane otworzył nitkę spiritual jazzu, a Gary Bartz sprowadził ją w klimat ulicznych kaznodziejów, grajków z krawężnika i zawieruchy z getta. Natchnione wokale, zaśpiewy prosto z serducha i duszy, jazzowe solówki na saksie jak uczyli ojcowie i dziadowie, ale wszystko przepuszczone przez funkową, wyluzowaną pulsację.

Oddziałowi NTU Troop udało się też upchnąć w muzykę bardzo dużo popularnych na przełomie dekad frazesów. Wspólnie więc pieprzymy Vietcong, stajemy przeciwko rasizmowi, lecimy na międzyplanetarny haj i w końcu poświęcamy chwilę na zadumie nad własną duszą. A wszystko to jakieś takie nienachalne, dobrze zespojone. Naprawdę niezły wynik jak na jedną, niepozorną płytę gościa, którego do 71’ kojarzono wyłącznie jako regularnego solistę w zespole Milesa Davisa.

Jest fajnie? Lećcie ze wszystkim, co nagrał do połowy lat 70. Skrzywieni na jazzowe impro zakochają się w koncertówce z Montreux 73’ „I’veSeenRivers and OtherBodies”. Ale potem w dyskografii też są takie perełki jak zjawiskowo dopracowane „Music Is My Sanctuary”.


Gato Barbieri Chapter One: LatinAmerica (1973)

Gato czyli Kot. Ksywka nie kłamała. Facet miał długi okres robienia zjawisko zajebistej muzyki. Zaczynał jako czystej krwi free-jazzowiec, wygrywający piski i zgrzyty z czołówką amerykańskiej sceny. No i potem tak mu trochę w stylu zostało, ale postanowił dokooptować do tego swoją argentyńską duszę. A potem jeszcze latynoamerykańskich znajomych.

Do połowy lat 70. nie nagrał ani jednej złej czy nawet średniej płyty. Miał nawet wtedy w dorobku świetny soundtrack do „Ostatniego tanga w Paryżu”. I ja słucham różnych płyt, w zależności od nastroju i potrzeb, ale nie mam problemu z wskazaniem tej najważniejszej.

Otóż Gato miał bardzo fajny pomysł, aby odciąć się od całej wierchuszki znakomitych, amerykańskich sidemanów (jakich się zwyczajowo brało do nagrania płyt) i sięgniecie po mistrzów ze swojej ojczyzny oraz sąsiednich państw. Co prawda często dzielą je tysiące kilometrów, ale łączą muzyczne pomysły i aura pewnego wykluczenia, bycia „trzecim światem” (nawet jest taka jego płyta „Third World”, polecam!).

Na „Chapter One: LatinAmerica” jest właśnie takie piękne zderzenie wypracowanych przez niego, jazzowych schematów na kompozycje z totalnie rootsowymi, plemiennymi patentami. Fleciki, fujarki, gitarki, bandeony, bębanki. Odpalcie „Enceuentros” i już tam będziecie. Tylko trzeba się przebić przez to, że Gato lubił sobie mocniej free gwizdnąć w tę rurę – ale nie bójcie się tego, to trzeba kochać.


George DukeFacesin Reflection (1973)

Klawiszowiec George Duke przecierał szlaki muzyki jazz-rockowej w duecie z Jean-Luciem Pontym (patrz poprzedni tekst), szlifował warsztat z mistrzem Cannonballem Adderleyem, miał staż u Zappy, a potem już był totalnie otwartym i gotowym na wszystko artystą. Najlepiej realizował się w elektrycznym jazzowo-funkowym sosie, ale postanowiłem się trzymać bliżej założeń, że będę pisał o jazzocentrycznej muzyce.

No więc jest taka perełka jak „Faces in Reflection”. I to zagrana tylko w trio z basem i perkusją, ale Duke gra na 10 rąk – na fortepianie, elektrycznych pianach, syntezatorach plus zestaw rozmaitych efektów. A do tego jeszcze ładnie, soulowo śpiewa.

Jest więc i rozsadzające energią „The Opening” z pięknym synthowym breakiem. Jest spokojne, mruczne „Capricorn”. Pełne dziwnych motywów „PsychocomaticDung” i jeszcze dziwniejszych w „North Beach”. Jest bossa-nova „Maria TresFilhos” i zawadiacka „Da Somba”. I cała reszta fajnych miniaturek.

Z późniejszej dyskografii polecam bardzo romantyczno-zappowskie„Aura Will Prevail”, zaopatrzone w silne, jazz-rockowe momenty „From Me To You” i „Reach For It”, funkową bombę „Don’t Let Go” i brazylijską perfekcję w „Brazilian Love Affair”. W ogóle Duke to strasznie ciekawa postać, która spełniała się równie dobrze w roli solisty, jak i kompozytora, aranżera i producenta. Nawet na jego kiepskich płytach są fajne rzeczy. Aha, i jak sobie posłuchacie więcej, to się nie zdziwcie, że Wam Thundercat chodzi po głowie.


Herbie Hancock HeadHunters (1974)

No to jest klasyk absolutny i jedna z najważniejszych płyt w jazzie ever. Tak, tu jest przekultowy „Chameleon”. Tak, ta płyta też wdrapała się w kategorii pop na listę Billboard. Nie, to nie jest kolejna taka płyta w dyskografii artysty – pianista Herbie Hancock miał wcześniej grube, jazzowe rozkminy z grupą Mwandishi (o tym w przyszłości) czy sekstetem Milesa Davisa.

Jest więc ten rozbrajający prostotą i transowością beatu „Chameleon”, w którym Hancock odstawia kosmiczne solo na syntezatorze. A środek utworu wypełnia strasznie smaczny groove, w którym już zamiast basu z klawisza mamy bas elektryczny zwykły i maestro Paula Johnsona, odstawiającego nieźle połamane rzeczy.

Jest jadący na LSD „Watermelon Man”. Jest w końcu fantastyczny, strasznie fajnie poskładany z różnych klocków „Sly” – niby tribute dla Sly’a z kapeli Sly& The Family Stone, ale zamiast surowego funku jest tu totalna jazda bez trzymanki z ponownie mistrzowskim basem, orgią przeszkadzajek i przekozackimi solówkami na saksofonie (Bennie Maupin) i elektrycznym klawiszu. Album kończy utwór najmniej porywający, ale fajnie wyciszająco-niepokojący z kosmicznymi wstawkami.

Hancock miał potem taką sinusoidę albumów złych i dobrych, utworów złych i dobrych. Na pewno warto posłuchać „Thrust” („Actual Proof” !!!) i koncertowej petardy „Flood”. Kolejny albumu są, cóż, wybiórczo dobre. Jego elektryczny, jazz-funkowy okres kończy za to zjawiskowo dobry krążek „Mr. Hands”.


Return To Forever Hymn Of The Seventh Galaxy (1973)

Pamiętacie Return To Forever z poprzedniego artykułu? „Spain”, delikatne zagrywki, kontrabas, wokale? No to Chick Corea postanowił wywrócić koncepcję o 180 stopni. Rozstał się ze wszystkimi poza basistą, a na ich miejsce zatrudnił perkusistę i gitarzystę. I nagrali nieznający kompromisów miks jazzu i rocka, niby gdzieś tam podczepiający się pod famę płyt Mahavishnu Orchestra (wyżej), ale jednak bardzo autorski, świeży, surowy.

Agresja, ostre brzmienie, zero wygładzenia. Bardzo chwytliwe i wyraziste melodie, ale nie mniej ważne jest tu spektakularne dosalania – w wersji samotnych improwizacji i zbiorowego łomotu. Jeśli załapaliście w pierwszym kawałku introdukcję do Siódmej Galaktyki (to jakieś sci-fi od scjentologów), dalej będzie tylko lepiej. Jest strasznie fajny gitarzysta, który potem nie zrobił kariery. Jest też genialny Stanley Clarke, który odcinek wcześniej korzystał wyłącznie z kontrabasu, a tu nie odrywa się od „elektryka”, na którym zasuwa mocno przełomowe dla tego instrumentu frazy i patenty. No i jest też Chick, najbardziej uzdolniony solista z ekipy, który wdzięcznie brzmiące piano Fender Rhodesa podłączył przez przester i pięknie zepsuł.

Ta płyta jest o tyle fajna, że podoba się za pierwszym razem, ale bez przypału można wrócić do niej po latach. Wychodzi na to, że surowość brzmienia jest uniwersalna. Kontynuujcie z płytami „WhereHave I KnownYouBefore”, „No Mystery” i „Romantic Warrior” – tylko tu surowiznę zastąpiła melodyjność, jest przyjemniej, ale szybciej się może znudzić.


Michał Urbaniak’s Fusion Atma (1974)

W końcu, Polacy! Ktoś powie, że na wyrost – ja mówię bez żadnych ogródek, że Urbaniak tworzył rzeczy na światowym poziomie. A do tego „Atma” jest mistrzowskim, unikatowym blendem elektrycznego jazzu z góralszczyzną, do tego podlana srogim, latynoskim groovem.

To nie są żadne wciskane na siłę albo tropem eksperymentu patenty. To jest autentycznie bujająca muzyka  z polską duszą. I to taka, w której polska ekipa (Urbaniak, Ula Dudziak, Wojciech Karolak, Paweł Jarzębski, Czesław „Mały” Bartkowski) daje z siebie więcej niż wszystko, żeby z gruntu frywolnego jazzu Europy wpasować się w surowe ramy amerykańskiego profesjonalizmu. Rok wcześniej rozhasana ekipa grająca elektryczne free, tu poukładana konstelacja, która pakuje swój organizm w bardzo konkretne ramy. To w końcu są też genialne solówki Urbaniaka, tak samo genialne zaśpiewy, wstawki i galopady Dudziakowej. To bossa-nova, do której wdziera się psychodelia i szaleństwo. To kopalnia samplii chyba jedna z najlepszych płyt, jaką kiedykolwiek nagrali Polacy.

Skoro taka dobra, to czemu o niej nikt nie słyszał? Cóż, doczekała się ledwie kilku tłoczeń w roku wydania. Wznowień nie było, pierwszy raz ponownie na LP i CD ukazała się dopiero parę lat temu, trochę za moją sprawą. Zróbcie sobie przyjemność i kupcie, bo w booklecie zrobiłem mocno rozbudowany opis samej płyty i Urbaniaka tamtych czasów.


McCoyTynerSama Layuca (1974)

O, klasyk. McCoyTyner, pianista, jest najbardziej znany z roli kompana Johna Coltrane’a na początku lat 60. Ale potem sypał autorską płytę za płytą. I było tych płyt naprawdę dużo. Taką stosunkowo łatwą w odbiorze, ale bardzo fajną i kolorową, jest „Sama Layuca”.

To takie charakterystyczny dla seventisów skręt w kompozycje oparte o „muzykę świata” (jak mówią biali ludzie). Jest intensywny drive fortepianu i kontrabasu, ale wszystko to wsparte barwnym zestawem perkusjonaliów i spiritual-jazzowymi wstawkami. Za te drugie odpowiada cała plejada kocurów z dekady – saksofoniści Gary Bartz, Azar Lawrence, wibrafonista Bobby Hutcherson (o nim będzie kiedy indziej), perkusista Mtume. Do kompletu znakomity człowiek od kontrabasu – Buster Williams ex-zespół Herbiego Hancoka.

W podobnym tonie, z akcentami przesuniętymi w różną stronę, jest więcej płyt – „Song Of The New World”, „Song For My Lady”, bardziej uduchowione „Extensions” i „Sahara”, bardziej uorkiestrowione „Fly With The Wind”, bardziej jazzowo-hardkorowe, koncertowe „Enlightement”.


JacoPastorius JacoPastorius (1976)

O, legenda. O Pastoriusie mogliście słyszeć różne legendy, np. że był najlepszym basistą świata. Albo że odkrył bas na nowo czy go zrewolucjonizował. We wszystkim jest sporo prawdy. Ale ciężko jest rozgryźć tego wariata za jednym razem, dlatego zdecydowanie najfajniejszą rzeczą na pierwsze spotkanie będzie jego debiutanckie LP.

Tutaj jest wszystko. Przegięte odtworzenie na elektrycznym basie Donny Lee, utworu z lat 40., na którym młodzi muzycy łamali sobie palce. Funkowa petarda „Come On, ComeOver”. Cudownie oniryczne „Continuum” i „Portrait of Tracy” (te flażolety!). Epik „Kuru/SpeakLike A Child” z Herbiem Hancockiem, w którym Jaco odsłania swój fantastyczny pomysł na połamany groove.

Ale cała reszta też się zgadza i szokuje nowtorskością. „Opus Pocus” grany z egzotycznym steeldrumem, zjawiskowe transowe, trio na bębenki, bas i skrzydłówkę oraz w końcu jazzowo-latynoskie mięso „(Used To Be) Cha Cha”.


Shakti A Handful of Beauty (1977)

Ok, teraz mogę trochę więcej napisać o mojej miłości, jaka jest John McLaughlin (pierwsza płyta z tego tekstu). To jest encyklopedyczny model dobrego gitarzysty, bo posiada dwie cechy. Po pierwsze: gra nieprzewidywalnie, jego improwizacja to nie jest kaskada nutek z podręcznika, tylko strumień świadomości. Po drugie: potrafi odnaleźć się w każdym gatunku. A jeszcze po trzecie, potrafi wyrzucić sławę do kosza i pójść swoją drogą.

No i John stwierdził, że zawiesza działalność swojego mega-popularnego Mahavishnu Orchestra, w ogóle odwiesza elektryczną gitarę. Jedzie do Indii szukać tam muzyków, inspiracji i siedzieć w kwiecie lotosu. Jak pomyślał, tak zrobił. I dokonał drugiej wolty w historii muzyki. Bo sercem jazzu, wg mnie, jest improwizacja. Moment, w którym zespół się wycisza, a jeden ludek staje przed publicznością i wygrywa na swojej trąbce czy kontrabasie swoje życie, emocje, umiejętności. To mogą być raz zabawne popisy, a raz cholernie poważny wyraz artystycznej ekspresji.

Tak się składa, że trochę podobnie jest w hinduskich ragach, gdzie jeden człowiek wybija rytm na tabli, a drugi wpada w trans i przez pół godziny gra na sitarze. No i McLaughlin postanowił te dwie tradycje połączyć. Siedzi zatem ekipa w tym kwiecie lotosu, bez żadnych syntezatorów, walących blasty perkusji i przesterowanych basów. Jest specjalnie przerobiona gitara, skrzypce i dwa zestawy hinduskich przeszkadzajek. Siedzą i grają, jakby nie było jutra. Raz to jest miniaturka na kilka minut, raz niekończące się jam-session. Odlot!

Macierzysta formacja nagrała trzy płyty. W zasadzie ciężko wskazać najlepszą. Odlot największy pozostawiono na koncertowym debiucie „Shakti with John McLaughlin”. Najlepsze kompozycje są na „Natural Elements”. Oba elementy połączyły się za to na środkowym albumie „A Handful of Beauty”. Posłuchajcie wszystkich.


PLAYLISTA:

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.