10 x jazz 70’s dla początkujących wg The Seventies – #1

Cześć, tu Barnaba z The Seventies. To taki fanpage i audycja radiowa, którą prowadziłem przez parę lat w RadioJAZZ.FM, a dziś jest zapauzowana i czeka na lepsze czasy. Więc popiszę trochę, bo w sumie wychodzi mi to lepiej od gadania do puszki, a walenie w klawiaturę to moja praca od kiedy skończyłem liceum.

Chciałem stworzyć „coś-o-muzyce-lat-70”. Tylko z tej dekady mam grube tysiące płyt – nieprzerwanie od nastu lat to wszystko chłonę, poznaję nowe obszary i co rok przeżywam autentycznie poważne odkrycia sprzed tych 40 lat – za cholerę nie da się tego zgrabnie poukładać.

Wymyśliłem sobie, że skupię się na tym, na czym znam się najlepiej. Czyli na jazzie. I zrobię to śladem klasycznych poradników z koszy „książki za 5zł”. Będą 4 artykuły po 10 płyt – a w każdym przedstawię kolejną półkę coraz to bardziej wymagających nagrań. Nagrań, które, moim zdaniem, tworzą bardzo fajny pejzaż lat 70. – i wszystkie mają w sobie coś wybitnego.

To nie jest oczywiście żaden ranking „definitywnie najlepsze”. To są rzeczy, których warto posłuchać, żeby złapać klimat tej epoki z jazzowego punktu widzenia. A przy okazji poznać kluczowe dla dekady nazwiska, z których wiele przeszło do historii jako ci encyklopedycznie najważniejsi. Znasz je, czegoś ci brakuje? Z pewnością. To wygi zapraszam już na fanpage, gdzie niszowych rzeczy nie brakuje.


Zaczynamy lekcję od tematu JAZZ ŁATWY, czyli poziom easy. To klasyka łatwa do słuchania, z zerowym progiem wejścia (tzn. wg mnie nie musisz być w ogóle osłuchany z czymkolwiek, żeby ci się spodobało). Ale są to też fajne startery do zrozumienia epoki. Jadę chronologicznie, bo kończyłem historię i inaczej nie umiem.


Alice Coltrane Journey In Satchidananda (1971)

Alicja jest postacią ultraciekawą. Nazwisko do zapamiętania i zgłębienia – i wcale nie przez to, że była żona Johna Coltrane’a. Sama w sobie była świetną pianistką, a po śmierci małżonka na dobre rozwinęła skrzydła jako kompozytorka, czołowo zderzając jazz z całkiem nową galaktyką muzyki.

To płyta słodko-mistyczna, do załapania od pierwszych sekund, a jednocześnie jedna z definitywnie (sorry!) najważniejszych lat 70. Następuję na niej przemieszanie jazzu z muzyką hinduską w stopniu perfekcyjnym, ale w kolejne tracki wjeżdża się jak w masło, próg wejścia jest zerowy. Możesz to puścić przy niekumatych znajomych, odpalić shishę i nikt nie zaprotestuje.

Alice gra tu wyłącznie na harfie (za to jak!). Naczelne mistyczne przesłanie śle Pharoah Sanders, wówczas niezły łobuz świata free, ale tutaj bardzo wczuty w delikatność tego misterium. Spodobało się? To kontynuuj zabawę o jeden szczebel wyżej z „Ptah, The El Daoud” („Blue Nile”!!!) oraz „A Monastic Trio”. O innych jej płytach będzie kiedy indziej.


Freddie HubbardFirst Light (1971)

W pierwszej połowie lat 70. jazzowe brzmienie dekady nadawała jedna wytwórnia – CTI Records. Tak można powiedzieć dzisiaj. Nie wygrywali może sprzedażą płyt, ale tak się stało, że cały szereg płyt z tej stajni stał się dziś po prostu kultowy. Nic dziwnego, ponieważ pracował tam cały szereg specjalistów od zamieniania ładnych rzeczy w złoto. Robienia mistrzowskich orkiestracji, dosładzania, dopychania dodatków, ornamencików. I zachowywania przy tym klasy i szyku.

Hubbard to generalnie mocny gracz, trębacz, który rozwinął skrzydła w latach 60., mający za sobą dużo bezkompromisowego grania (w tym na kultowym, ostrym „Free Jazz” Ornette’a Colemana). Ale, jak każdy dobry jazzman, potrafił płynnie zmieniać fronty. Tutaj zamienia się w balladowego króla rozkoszy, który penetruje swoją trąbką Wasze uszy. A wszystko w towarzystwie totalnych all-stars (to akurat nic rzadkiego w przypadku CTI), same wielkie nazwiska do zapamiętania – Herbie Hancock za klawiszami, George Benson za gitarą, Jack DeJohnette za perkusją, Ron Carter za kontrabasem, Airto Moreira za przeszkadzajkami i Hubert Laws na flecie.

Podobnych płyt nagrał później Hubbard kilka, z czego ciut „bardziej jazzową” jest „Red Clay” i „Straight Life”. A potem już bardziej elektryczne „High Energy” i „Liquid Love” z fajnymi, mrocznymi momentami.


The CrusadersCrusaders 1 (1971)

The Jazz Crusaders było taką spoko, ale niezbyt wyróżniającą się kapelką z lat 60. Potem usunęli słowo „Jazz” z nazwy i zaczęli zmierzać w kierunku dopasowywania brzmienia do soulu i staromodnego funku. To dziś może brzmieć jak godny pogardy koniunkturalizm, ale wówczas było aktem odwagi. Ze wspomnień kapeli wynika, że jazzowi truskulowy uznawali bratanie się z popem za herezję. A ci wykonali pierwsze ruchy, a potem już co drugi dżazmen grał Bitelsów na jazzowo…

Co proponuje ekipa na „Crusaders 1”? To taka muzyka, co się początkowo może wydawać tylko zabawą, ale szybko zaczyna się konkretny popis instrumentalnych umiejętności. To taka delikatnie elektryczna, lekko słodka powłoka, która miesza się z totalnie absorbującymi, wcale nie oczywistymi improwizacjami. Wciąga jak lizanie lizaka, ale nagle z kolorowej masy wyłania się ktoś na solo i wciąga się do środka. Pyszna zabawa!

Crusadersi nagrali w latach 70. całą serią świetnych płyt, choć mało różnorodnych. Dużym przełomem okazał się album „Street Life”, z tytułowym przebojem śpiewanym przez Randy Crawford. Dobry klasyk.


Return To ForeverLight as a Feather (1972)

Rany, jak ja uwielbiam tę płytę. Tak, mam do niej gigantyczny sentyment – ale jestem też dość srogi dla sfery wspomnień i jak coś po latach nie zdaje egzaminu, to dwa razy się zastanawiam, zanim komuś polecę. Tutaj wątpliwości nigdy nie mam.

RTF to jedna z kluczowych dla 70. lat kapel. Prowadził ją klawiszowiec Chick Corea, który jeszcze chwilę wcześniej grał totalnie bezkompromisowe wariactwa z Milesem Davisem i innymi bandami. Potem zmienił kierunek na bardziej przystępny ludziom, wykorzystując swoją starą miłość do muzyki latynoskiej i hiszpańskiej oraz staż u Stan Getza, klasyka tychże klimatów w jazzowym wydaniu, czyli bossa-novy.

„Light as a Feather” jest faktycznie lekkie jak piórko –  zaczyna się bezbłędnie prostymi zachętami do wysłuchania kawałków. Melodie, klarowność, rytm. Ale wszystko zgrywa się w piękny, brazylijski melanż pod autentycznie jazzową egidą. No i ten kontrabas, który zamiast sobie dudnić w tle, zasuwa wyraźniutkie nuty, jakby wypuszczony na jedno długie solo.

Ten LP pozornie może wydawać się takim łatwym smakołykiem, który po konsumpcji powszednieje. Otóż nic z tych rzeczy. Latają tu impro najwyższej próby. Siódme poty wyciskane przez Joe Farrela na flecie i saksofonie zawsze wywołują u mnie ciarki i niezmierny podziw. Raz delikatniutkie, raz zaskakująco wybijające z tego transu, np. w drugiej części tytułowego kawałka. Ale na pierwszym miejsc jest i tak Corea. Jego płynność i nieprzewidywalność zebrana do kupy to prawdziwy majstersztyk. Tak samo jak barwa elektrycznego Fendera Rhodesa – zwykły fortepian brzmiałby tu 5x gorzej.

Aha, ta płyta to też premiera jednego z chyba najpopularniejszych standardów – „Spain”. Puścicie go raz, będziecie słuchać na ripicie przez tydzień.


George BensonBad Benson (1974)

Bensona usłyszeliście już chwilę wcześniej u Hubbarda. Po latach zasuwania z rhythm’n’bluesowym repertuarem, nagle w latach 70. stał się mega rozchwytywanym gitarzystą sesyjnym. A sam też kroił fenomenalne albumy – aż do roku 1976, kiedy nagrał „Breezin’” i talent do jazzu zaczął dzielić z disco i popem, czego efekty bywały raz świetne, raz słabe.

Mój numer jeden to „Bad Benson”, rocznik 1974. Idealne połączenie delikatności i wysmakowania seventisowych aranży z czystym czadem i jazdą na gitarze – a lata 70. to też epoka, kiedy gitara w końcu stała się poważnym narzędziem w jazzowym instrumentarium, a nie tylko dodatkiem.

No więc jest tu totalny klasyk, „Take Five” Dave’a Brubecka, ale z fajnie zamyślonym rozwinięciem i bardziej melancholijne „No Sooner Said Than Done” z całą feerią dźwiękowych patentów reprezentatywnych dla epoki. Jest rytmiczne „My Latin Brother” z konkretnymi solówkami, niepokojąco jazz-rockowe „Full Compass” i już totalnie oniryczne „The Changing World” na koniec.

To też płyta, na której dobrze słychać, jak wytwórnia CTI zręcznie okraszała robotę zespołu orkiestrowymi dodatkami. Aha – są też trzy bonusy, dodane po latach. Koniecznie odpalcie „Serbian Blue”. Tak, trwa 13 minut, ale to wzorowy przykład tego, jak można rozwijać solówki, żeby wciąż się ich dobrze słuchało. To, co robi Benson w drugiej połowie, to jak się powoli rozpędza – prawdziwy majstersztyk.


Lonnie Liston Smith – Expansions (1975)

Jest ich dwóch, Lonnich Smithów. Jeden ma „Dr” przed imieniem, turban na głowie i gra na organach. Drugi ma „Liston” po środku, kolorową czapę na głowie i gra na elektrycznych pianach. I ja zdecydowanie wolę tego drugiego, bo jest ojcem muzyki chilloutowej, którą robił z całą szczerością i głębią uduchowionego spiritual jazzu.

LLS zaczynał grubo, od stażu u przybocznego Johna Coltrane’a – Pharoah Sandersa (o nim w innym odcinku). A potem zaczął grać sam – z albumu na album coraz słodziej, ale najczęściej po prostu bardzo fajnie. Płyty „Expansions” słucham najrzadziej, ale to właśnie ta centralnie łączy jazzową część dyskografii Smitha z tą bardziej chillową.

Tu jest wszystko: radiowe bangery, zamyślone, pustynno-świątynne spirituale, pogodne medytacje w kolorach dżungli. A tę całą „czillowość” nakręca aura miłej repetetywności i „falującego” elektrycznego piana i fortepianu głównego bohatera, w zasadzie jego znak rozpoznawczy.


Jean-Luc Ponty – Imaginary Voyage (1976)

Ponty, jeden z najbardziej znanych skrzypów jazzowych. Grał klasyczny jazz, grał kompozycje Zappy, grał U Zappy, pionierował muzyce jazz-rockowej, grał z Mahavishnu Orchestra. Miał też serie własnych albumów, które po dziesiątkach przesłuchań mogą się wydawać zbyt cukierkowe i proste, ale te „pierwsze razy” to jest podróż przez najbarwniejsze krainy i instrumentalne galopady.

„Imaginery Voyage” – zakładasz słuchawki, zamykasz oczy, i jesteś tam, gdzie cię Pan Jean-Luc poniesie. To nieprawdopodobne, jak totalnie sugestywna i plastyczna może być muzyka. Totalnie zerwanie z jazzowym schematem solóweczek pod cykającą perkusją i chodzący basik. Orgia syntezatorów i podpiętych pod prąd instrumenty, baśniowa wirtuozeria.

Spodobało się? To kontynuuj z „Enigmatic Ocean”, „Aurora” i „Upon the Wings of Music”.


Stanley Clarke School Days (1976)

Totalny szlagier. Idealne pomysły na połączenie jazzowych korzeni z tym, co działo się we współczesnym rocku i disco-funku. O przebojowości chyba dostatecznie dobrze informuje tytułowy kawałek, jamowy klasyk z riffami granymi na elektrycznym basie.

Bo Clarke to basista, jeden z największych w historii jazzu. Jeszcze kilka lat wcześniej nie rozstawał się z kontrabasem (patrz „Light as a Feather” wyżej), żeby chwilę później dać się poznać jak człowiek, który wniósł do jazzu totalnie nową jakość. Zwykło się mówić, że to Jaco Pastorius zrewolucjonizował bas w jazzie – cóż, chwilę wcześniej robił to właśnie Stanley.

Na płycie jest też pięknie wyciszone, pozytywne „Quiet Afternoon” z ponownie kapitalnym wykorzystaniem basu pod klimat kawałka (i zjawiskowe solo na syntezatorze w bonusie). Jest i bardziej nastrojowy powrót do akustycznych rejonów, w towarzystwie geniusza Johna McLaughlina na gitarze. A na finał znalazło się miejsce na prawdziwą jazz-rockową suitę


Brecker Bros Heavy Metal Be-Bop (1978)

Lata 70. zwróciły uwagę amerykańskiego światka jazzu na braci – trębacza Randy’ego i saksofonistę Mike’a. Chłopaki jak tornado z piosenki Perfectu wdarli się na salony. Współpracowali ze znanymi nazwiskami, z którymi nagrywali przełomowe albumy dla rodzącego się nurtu jazz-rocka, a potem działali na własne konto pod szyldem Brecker Bros.

Tu niestety tornado trochę wyhamowało, bo chłopaki postanowili szukać własnego brzmienia łącząc jazz z funkiem. Efektem miłości były fajne albumy, ale niekoniecznie dla fanów jazzu. Czyli dla tych, którzy szukają minimalnych chociaż komplikacji i zawadiackich solówek. Całe szczęście, że wytwórnia zgodziła się na album koncertowy, gdzie lipy nie ma.

Płytka rozpoczyna się akurat od studyjnego kawałka, ale jest to nagrany w wyjątkowo dobrym guście funkowy killer. A dalej jest już jazda bez trzymanki. Improwizacje najwyższej próby. To już nie muzyczka, co sobie leci w tle, tylko śledzi się każdą kolejną nutkę, jaka wylatuje z saksu czy trąby. A wszystko w seventisowej oprawie elektrycznych gitar i klawiszy oraz funkujących bębnów.


Pat Metheny Group Pat Metheny Group (1978)

Popłynę trochę, ale tak, to jeden z największych czarodziejów w historii muzyki. Facet miał trzech kumpli i te same instrumenty, co reszta muzyków świata, ale znalazł chyba jakieś sekretne przejście do muzycznego Edenu. Jeśli ktoś w głowie pod hasłem jazz ma balladki panów w garniturach, to tutaj przyda się zestaw czegoś do „przecierania uszu z niedowierzania”.

Metheny opatentował i styl na gitarze, jakiego nie było, i sposób komponowania, którego też ciężko się gdzieś indziej doszukać. I to nawet nie były jakieś popisy z dopieszczaniem muzyki przez tygodnie w studiu, jemu tak samo dobrze to wychodziło na żywo – nawiasem mówiąc, kto będzie miał okazję pójść na koncert, niech sobie sprawi tę przyjemność, zanim Pat postanowi się rozstać z tym światem.

Muzyka z debiutu PMG jest ciężka do opisania. To są tony przedziwnego liryzmu. Delikatność, jakiej wstydzimy się na co dzień, odbijająca się w zielonych pejzażach Missouri, podszyta jazzowym drivem. To z jednej strony postawienie kart na totalnie zespołową grę, przywiązywanie uwagi do melodii, refrenów, dziwnych ornamentów, ale w odpowiednich momentach takie solówki, że człowiek prosi, żeby się nie kończyły.


Playlista:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.